Stop wojnie w Ukrainie – solidarność z ludami, nie z mocarstwami

| 1 lipca 2022
26.06.22. Szczyt G7 w Bawarii. Nie bądźmy kibicami „naszych” imperialistów.

„Klęska Zachodu, przede wszystkim Ameryki, na Ukrainie byłaby czymś poważniejszym niż Wietnam, nie mówiąc już o Afganistanie. Niestety, zafiksowanie się na unikaniu wojny sprawia, że w starciu tym z nieliczącą się z żadnymi wartościami Rosją jesteśmy w pewnym sensie słabsi. Technologicznie, zasobami, sprzętem i wyszkoleniem bijemy ją na głowę, ale determinację, by zwyciężyć, sami w sobie redukujemy.” (Jarosław Kaczyński, wywiad dla Gazety Polskiej Codziennie, 15 czerwca)

„Ukraina jest miejscem, gdzie toczy się walka o przyszłość świata i Europy. Jeśli Europa przegra tę walkę, to nie tylko nigdy nie będzie taka sama, ale będzie Europą pokonaną, Europą bezzębną, której trudno będzie rozwinąć skrzydła, żeby zwyciężyć w tym współczesnym wyścigu.” (Mateusz Morawiecki na konferencji „Polska Wielki Projekt”, 10 czerwca)

Słowa te dobrze oddają podejście polskich rządzących do wojny w Ukrainie.

W ich oczach „my” walczący w Ukrainie to właśnie „Europa”, czy „Zachód” pod amerykańską komendą. Nawet jeśli tysiące zabitych stanowią ukraińscy cywile i żołnierze, obok tysięcy zabitych żołnierzy rosyjskich. Morawiecki, siedząc w wygodnym fotelu z obligacjami za prawie 5 mln zł w kieszeni, z radością kibicuje jednak starciu, widząc je jako część „współczesnego wyścigu” mocarstw.

To zresztą wizja nie tylko obozu rządowego. Jeden z jastrzębi liberalnej opozycji Radosław Sikorski także w połowie czerwca stwierdził, że „Zachód ma prawo dać Ukrainie głowice nuklearne”.

Wojna o nowy kształt świata

Od wybuchu wojny w pełnej skali podkreślamy, że jest ona nie tylko agresją Rosji na Ukrainę (którą niewątpliwie jest), ale także geopolitycznym starciem rywalizujących imperializmów. Rosja, atakując Ukrainę, próbuje umocnić się we własnej „bliskiej zagranicy” i pokazać jako mocarstwo z pierwszej ligi światowej. Idzie też w ślady USA, próbując rozwiązywać problemy konkurencyjności własnego kapitalizmu najbrutalniejszymi środkami wojennymi. Natomiast dla USA bezprecedensowe wspieranie Ukrainy to element gry o utrzymanie własnej globalnej hegemonii.

Jednym z jej aktorów tego konfliktu jest także Unia Europejska, politycznie w tym konflikcie podporządkowana Waszyngtonowi, ale próbująca umacniać ogólnounijną sprawczość i pozycję na wschodzie Europy. I to niezależnie od wewnętrznych tarć, wynikających w dużej mierze ze skutków wojny gospodarczej między Rosją a zachodnią „wspólnotą międzynarodową”, które dotykają państw europejskich szczególnie mocno. Mówiąc, że stawką w tej wojnie jest pozycja Zachodu i Ameryki, Kaczyński otwarcie wyraził więc tylko to, co mają w głowach przywódcy w Waszyngtonie i innych zachodnich stolicach.

Wojnie, która, jak to widzą, może trwać przez lata. Mówił już o tym amerykański prezydent podczas marcowej wizyty w Polsce, a ostatnio powtórzył szef NATO Jens Stoltenberg – dodając, że „od wielu lat” NATO „szkoli, wspiera, doradza i wyposaża Siły Zbrojne Ukrainy”. W tym samym duchu brytyjski premier Boris Johnson, kolejny entuzjasta długiej wojny na wyczerpanie Rosji, ogłosił, że brytyjski system szkoleniowy ma potencjał trenowania co 120 dni kolejnych 10-tysięcznych grup ukraińskich żołnierzy. Co nie jest zaskakujące, w tym wszystkim swoje pięć minut mają też polscy władcy. Grając o własną pozycję w regionie, mogą teraz militaryzować się na potęgę, przy wiwatach na rzecz rozbudowy zachodnich struktur wojskowych (najlepiej amerykańskich) i „wykrwawiania” Rosji ukraińskimi rękami.

Chiny i globalne NATO

Dodajmy, że na szczycie NATO pod koniec czerwca przyjęta ma zostać nowa „koncepcja strategiczna” tego najpotężniejszego sojuszu militarnego na świecie. W dokumencie nie tylko ma zmienić się oficjalne podejście do Rosji – uznanej formalnie za „zagrożenie” – ale po raz pierwszy mają być wspomniane Chiny. Jak mówił przed szczytem Stoltenberg, „wzrost Chin jest wyzwaniem dla naszych interesów, naszych wartości i naszego bezpieczeństwa”. Wpisuje się to w chęć dalszego umacniania NATO – pod względem wydatków militarnych, dodatkowych baz, jak i rozszerzania organizacji o kolejne państwa. Ma też związek z wizją „globalnego NATO”, o którym mówiła m. in. brytyjska minister spraw zagranicznych. Oczywiście to Chiny są państwem stanowiącym główne zagrożenie dla gospodarczej hegemonii Stanów Zjednoczonych. Pakt z nazwy „północnoatlantycki” jest więc bardzo zainteresowany umacnianiem się także na południowym Pacyfiku.

Ryzyko eskalacji

Traktowanie wojny w Ukrainie jako wojny zastępczej z Rosją (i w pewnym sensie także z Chinami) oznacza ryzyko dalszej zbrojnej eskalacji. Używanie coraz potężniejszej zachodniej broni i korzystanie z zachodniego wsparcia wywiadowczego przez armię ukraińską, udział zagranicznych najemników, ataki na szlaki transportowe tej broni ze strony wojsk rosyjskich – wszystko to podnosi ryzyko bezpośredniego starcia mocarstw. Dodajmy – mocarstw atomowych, z których i Rosja, i USA oficjalnie dopuszczają możliwość użycia broni jądrowej jako pierwsze. Dodajmy też, że posiadanie przewagi w ilości „taktycznej broni jądrowej”, potencjalnie możliwej do użycia na polu walki, jest widziane przez Rosję jako przeciwwaga dla jej ogólnej słabości militarnej w porównaniu z USA. To podejście formalnie przyjęte już w 2000 r. – czyli po ataku NATO na Jugosławię bez mandatu ONZ, któremu Rosja nie była w stanie zapobiec.

Jednocześnie mamy w tym wszystkim politykę władz Ukrainy, które przyjmują pełną orientację na sojusz z mocarstwami zachodnimi. Nie tylko konsekwentnie domagając się ich jak największego zaangażowania w wojnę, ale całkowicie przejmując ideologię wojny jako starcia reprezentowanej przez Ukrainę zachodniej „cywilizacji” z rosyjskim „barbarzyństwem”. Walka z rosyjskim impe- rializmem nie jest tu postrzegana jako część walki z imperializmem w ogóle, lecz jako dążenie do wpasowania się w ten system w charakterze lojalnego przyczółka jego amerykańsko-zachodniej części. Symbolicznym tego wyrazem było kwietniowe stwierdzenie ukraińskiego prezydenta Wołodymira Zełenskiego, że powojenna Ukraina przypominać będzie nie państwa Europy Zachodniej, ale zmilitaryzowany Izrael.

Opór wobec okupacji – tak, zachodni imperializm – nie

Popieranie oporu ukraińskiego na terytoriach okupowanych przez Rosję nie oznacza więc poparcia dla prozachodnich władz Ukrainy. Przyklejenie się do imperialistycznych mocarstw Zachodu faktycznie oznacza własną wasalizację wobec nich i zdanie się na nadzieję, że zechcą stale realizować własne interesy przy pomocy wojny w Ukrainie. Tymczasem mogą one dziś zachęcać Ukraińców do walki, by jutro ich porzucić, w zależności od tego, co w danym momencie uznają za korzystne.

Nie zmienia to poparcia dla oporu ludności ukraińskiej przeciw represjom ze strony rosyjskich okupantów. Na obecnym etapie wydaje się, że celem Rosji jest oderwanie kolejnych fragmentów ukraińskiego terytorium – oczywiście bez brania pod uwagę woli żyjących tam ludzi. Podkreślmy przy tym, że głos miejscowej ludności faktycznie nigdy nie był brany pod uwagę przez żadną ze stron wojny od czasów zajęcia Krymu przez Rosję i rebelii separatystów w Donbasie w 2014 r.

Czy można popierać opór przeciw okupacji bez popierania aktywności zachodnich mocarstw? Tak, można. Dokładnie tak samo, jak popieramy protesty antywojenne w Rosji i obalenie Putina, najlepiej przez rewolucję pracowniczą, co przecież nie oznacza poparcia dla zachodniej interwencji w ten proces czy „zmiany reżimu” przy pomocy USA. I dokładnie tak samo, jak należało popierać opór przeciw okupantom w Iraku i Afganistanie – przypomnijmy, że także przeciw polskim okupantom – bez wzywania do działania Rosji czy Chin. Gdyby państwa te wypowiedziały USA wojnę gospodarczą, zbroiły się i masowo dostarczały broń dla irackich i afgańskich bojowników pod hasłami „cywilizacyjnej wojny” uznanej za własną, tamtejsi socjaliści mieliby obowiązek przeciw temu protestować – inaczej byliby tylko kibicami „własnych” imperialistów. I w żaden sposób nie zmieniałoby to sprzeciwu wobec działań USA i innych mocarstw zachodnich.

Wojna, drożyzna i walka pracownicza

Zrozumienie charakteru wojny w Ukrainie jako mającej miejsce na tle konfliktu mocarstw imperialistycznych i odrzucenie wizji „niewinnego Zachodu” jest ważne także dlatego, że wojna ta bezpośrednio wpływa na drożyznę w sklepach – także z powodu sankcji, czyli wojny gospodarczej Zachodu z Rosją. Wojna, zarówno militarna, jak i gospodarcza, zbiera przy tym nawet bardziej śmiertelne żniwo w państwach Globalnego Południa, potęgując klęskę głodu. Wyścig zbrojeń między mocarstwami wpływa także na cięcia w szeregu kluczowych wydatków publicznych, czy na brak podwyżek dla pracowników opłacanych ze środków budżetowych, gdy grube miliardy idą na militaryzację. Jeśli ktoś uznaje, że wojna ta nie ma nic wspólnego z polityką państw zachodnich, które tylko „muszą bronić siebie i Ukrainy przed Rosją”, to staje się bezsilny wobec przerzucania na pracowników kosztów konfliktów między mocarstwami. Dlatego tak ważne jest przeciwstawianie się sankcjom i militaryzacji.

Nasza solidarność z ofiarami wojny w Ukrainie – podobnie jak z ofiarami innych wojen – musi opierać się na międzynarodowej solidarności pracownicznej, na solidarności z ludami, a nie z mocarstwami. Ruchy pracownicze i antywojenne na całym świecie muszą występować przeciw walce „możnych tego świata” o zyski i władzę, przeciw wojnie, głodowi i drożyźnie.

Filip Ilkowski

Tags:

Category: Gazeta - lipiec-sierpień 2022

Comments are closed.