Gry mocarstw wokół Ukrainy: kto zapłaci, kto zginie, kto zgarnie łupy?

| 1 stycznia 2026
15.08.25 Alaska. Putin i Trump.
15.08.25 Alaska. Putin i Trump.

Wojna w Ukrainie trwa z coraz bardziej śmiertelnym żniwem. Wnioskując z danych z końca listopada, w 2025 r. zabito w niej o ponad jedną czwartą cywilów więcej niż w roku 2024. Jednocześnie jesteśmy świadkami niekończącej się opery mydlanej pod hasłem „negocjacji pokojowych”.

Bardzo to dziwne negocjacje, bo najczęściej jej stronami są aktorzy z tej samej strony frontu. Negocjują głównie – między sobą – mocarstwa zachodnie umożliwiające Ukrainie prowadzenie wojny z Rosją.

Dwoje rosyjskich działaczy antywojennych Liza Smirmowa i Aleksiej Sachnin trafnie zauważyło w tekście z 21 grudnia 2025 r. na amerykańskim portalu Jacobin, że w dyplomatycznych manewrach Trump i Putin starają się narzucić porażkę strategiczną przeciwnika ubraną w szaty kompromisu, podążając za zasadami starożytnego chińskiego myśliciela Sun Zi uznającego wojnę za „ścieżkę oszustwa”. Pozornie niewielkie zmiany w „planach pokojowych” są faktycznie decydujące w kształtowaniu nowego układu sił między imperialistycznymi graczami.

W dużo większym stopniu „ścieżka” ta realizowana jest w relacjach USA z państwami Europy Zachodniej i samą Ukrainą.

Jak udawać, że pada deszcz?

USA pod wodzą Trumpa chcą się z tej wojny wycofać, a jednocześnie odzyskać jak najwięcej z zainwestowanych w nią pieniędzy. Gotowe są na zawarcie rodzaju imperialistycznego pokoju z Rosją, byle z widokami na zapewnienie preferencyjnego traktowania amerykańskich firm po zachodniej stronie ukraińskiego frontu. Perspektywa ta przeraża jednak blok państw zachodnioeuropejskich, głównie skupionych w Unii Europejskiej.

Taktyka Trumpa idzie w kierunku pozostawienia ich z rachunkami i przyszłymi zobowiązaniami wobec Ukrainy, przy zachowaniu dla siebie najlepszych kąsków i jak najmniejszych zobowiązań.

Władcy europejscy sami są jednak zależni militarnie i gospodarczo od Waszyngtonu, a ich klasy panujące przez dekady korzystały z bycia młodszym bratem u boku amerykańskiego hegemona. Ani gospodarczo, ani ideologicznie nie są one gotowe do konfliktu z USA. Przeciwnie, wypełnia je marzenie, by wrócił stary, dobry świat organizowany przez zachodnią „wspólnotę międzynarodową”, z wojnami (i zbrodniami) prowadzonymi gdzieś daleko.

Europejscy władcy muszą więc z zaciśniętymi zębami słuchać głupkowatych tyrad Trumpa. Nawet gdy na nich pluje, próbują udawać, że pada deszcz. Ostatecznie chcą bowiem zaangażowania USA w Europie. Generalnie z radością podchwytują polecenia amerykańskiego prezydenta dotyczące zwiększenia wydatków militarnych państw europejskich czy odcięcia się od rosyjskich surowców – są one bowiem częścią tego samego procesu wojennej rywalizacji z Rosją, który prowadzi do ich zaangażowania w wojnę w Ukrainie.

Jednocześnie nie mogą nie reagować, gdy w wojnie z Rosją zostają odstawieni w kąt przez swego waszyngtońskiego patrona. Z punktu widzenia USA Ukraina jest daleko, a jej władze to kolejny porzucony wasal na liście, gdy koniunktura wojenno-polityczna się zmieniła. Mogą coś o tym powiedzieć porzuceniu pół wieku temu władcy Wietnamu Południowego czy ostatnio Afganistanu. Dla Europy Zachodniej Ukraina to jednak, tak jak dla Rosji, najbliższe sąsiedztwo.

Stawka wojny – pozycja w kapitalizmie globalnym i regionalnym

Czołowi decydenci zachodnioeuropejscy bardzo chcą, aby Ukraina kontynuowała wojnę, widzianą przez europejskie mocarstwa jako ich własna. Donald Tusk 18 grudnia powiedział to po raz kolejny bardzo jasno przed szczytem unijnej Rady Europejskiej: „Mamy prosty wybór – albo pieniądze dzisiaj, albo krew jutro. Nie mówię o Ukrainie, mówię o Europie.” 29 grudnia komentował z kolei: „Zachód i Ukraina przegrają tę konfrontację,jeśli Rosja zdoła nas podzielić i podyktować warunki pokoju”.

Tusk i reszta widzą tę wojnę jako własną w pewnym sensie słusznie i to nie tylko z powodu skali europejskiego zaangażowania finansowego i militarnego. Sukces lub porażka w tym starciu określi na długo pozycję Rosji, ale także mocarstw zachodnioeuropejskich nie tylko w regionie Europy Wschodniej, ale w ramach całego kapitalizmu światowego.

Do tego dochodzą specyficzne ambicje poszczególnych państw. Przykładem polski miniimperializm żyjący nadzieją na rolę „lidera regionalnego” i stawiający się jako reprezentant Zachodu w konflikcie z Rosją o wpływy na terenach poradzieckich republik. To wszystko powoduje narastającą panikę, aby „tatuś” (jak określił Trumpa szef NATO Mark Rutte) zza oceanu nie zakończył nagle wojny, mając za nic interesy swych europejskich wasali, w dodatku potraktowanych w demonstracyjnie wasalny sposób.

Dodajmy, że w jednej linii z nimi jest klasa rządząca samej Ukrainy. Dla znacznej większości Ukraińców i Ukrainek, choć niekoniecznie dla większości jej klasy rządzącej, konsekwencje wpisania się w rywalizację imperialistycznych mocarstw w roli oddanego i zależnego przyczółka „cywilizacji zachodniej” okazały się tragiczne.

Dziś logiką tej pozycji jest jej działanie na rzecz jak największego zaangażowania mocarstw zachodnich w wojnę z Rosją, której Ukraina nie może prowadzić w obecnej postaci bez zachodniego patronatu. Żądanie „zachodnich gwarancji bezpieczeństwa”, czyli pójścia na bezpośrednią wojnę z Rosją w razie kolejnej inwazji, jest racją bytu możliwości utrzymania obecnego aparatu polityczno-ideologicznego Ukrainy. Dodajmy, że aparatu, którego członkowie na wojnie potrafili kraść na potęgę, jednocześnie coraz bardziej bezwzględnie wyłapując mężczyzn z klasy pracowniczej w celu wysyłania ich na front.

Oczywiste jest, że to żądanie „gwarancji” jest nie do zaakceptowania dla Rosji, która rozpoczęła pełnoskalową inwazje z 2022 r. właśnie po to, aby Ukraina nie była częścią zachodnich „struktur bezpieczeństwa”, ale jej własną satelitą. Oczywiste jest też, że nie tylko USA, ale także eurojastrzębie nie palą się do gwarancji bezpośredniego udziału w wojnie.

Unijne kredyty wojenne dla Ukrainy

Na niekorzyść mocarstw zachodnioeuropejskich działa nie tylko połączenie chęci kontynuacji wojny z Rosją z koniecznością ugłaskiwania Trumpa, ale i wewnętrzne podziały, które zapewne będą się tylko pogłębiać w obliczu narastających problemów. Po wycofaniu amerykańskiego finansowania Ukrainy, które ustało w połowie 2025 r., pojawiła się kwestia, skąd brać pieniądze na wojnę – szczególnie, że kluczowe gospodarki Europy Zachodniej pogrążone są w stagnacji.

Pomysłem kanclerza Niemiec Friedricha Merza, jednego z głównych jastrzębi europejskiej militaryzacji i zaangażowania w wojnę, wspieranego przez przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen, było wykorzystanie do tego celu zamrożonych w Europie aktywów rosyjskich. Rozwiązanie to gorąco wspierały też władze Polski.

Jednak grudniowy szczyt Rady Europejskiej okazał się ich porażką, gdy wzięły górę obawy części państw przed ryzykiem utraty własnych aktywów po takiej konfiskacie. Unia zaciągnie więc pożyczkę „na rynkach kapitałowych” na 90 mld euro, gwarantowaną własnym budżetem (na który składają się państwa członkowskie UE) i uzupełnianą rezerwą budżetową, by udzielić z kolei pożyczki Ukrainie i podtrzymać jej płynność finansową do 2027 r.

Pożyczkę Ukraina ma spłacić, gdy dostanie reparacje wojenne od Rosji (czyli prawdopodobnie nigdy). Niechętne pożyczce Czechy, Słowacja i Węgry zwolnione zostały ze zobowiązań finansowych, jeśli na przykład Unia będzie zmuszona wykupić od inwestorów papiery dłużne.

Jaka jest skala zależności Ukrainy od zachodnich donatorów? Uchwalone unijne kredyty wojenne dla Ukrainy, w 2026 r. warte mają być ok. 40% dochodów ukraińskiego budżetu. Pamiętajmy przy tym, że są one niezależne od innych dwustronnych i wielostronnych zobowiązań państw i instytucji unijnych – wciąż niezrealizowane zobowiązania wobec Ukrainy przyjęte do 31 października 2025 r. warte były ponad 55 miliardów euro (przy ponad 161 mld euro już wypłaconych do tego czasu od 24 stycznia 2022 r.).

W kontekście Europy Zachodniej dodajmy do tego państwa, które nie są członkami Unii, przede wszystkim Wielką Brytanię (blisko 19 mld euro pomocy udzielonej i 9 mld zapowiedzianej) i Norwegię (ponad 7 mld euro pomocy udzielonej i 18 mld zapowiedzianej).

Pieniądze i krew

Krew Ukraińców w ramach Tuskowego „dzisiaj” nie od dzisiaj nie jest obiektem troski „Europy”, która wciąż gotowa jest płacić coraz więcej, by wysyłać ich na front. Nawet jeśli europejskim jastrzębiom (zza biurka) coraz bardziej brakuje pieniędzy, jej władcy wolą walczyć o własne interesy poprzez miliardy euro w pieniądzach i broni, niż posyłanie na śmierć setek tysięcy „własnych” żołnierzy. Na razie zdołano przyklepać trwanie wojny za unijne kredyty do 2027 r., jeśli tylko ludzi w Ukrainie starczy.

Jeśli gdzieś szukać nadziei, to w coraz większym zniechęceniu do wojny. Według badań rosyjskiego Centrum Lewada z października 2025 r. za rozpoczęciem negocjacji pokojowych jest 61% mieszkańców Rosji. Zarówno po stronie rosyjskiej, jak i ukraińskiej problemem są narastające dezercje. I w końcu w Europie Zachodniej zaczynają się podnosić głosy przeciw militaryzacji.

Wojna z pewnością nie jest w interesie klasy pracowniczej. A pokój, jeśli ma nie być tylko „zbrojnym pokojem” czy imperialistycznym podziałem łupów, nie zaistnieje dopóki, dopóty nie wybrzmi głos tej klasy ponad liniami frontów przeciw wszystkich władcom, których interesy są tej wojny paliwem.

Filip Ilkowski

Tags:

Category: Gazeta - styczeń 2026

Comments are closed.