Polska i UE: interesy, ideologie i kłótnia w rodzinie

| 1 listopada 2021
22.10.21. Morawiecki z faszystką Marine Le Pen.
22.10.21. Morawiecki z faszystką Marine Le Pen.

Konflikt między władzami Polski i UE to zasadniczo kłótnia w kapitalistycznej rodzinie. W kłótni tej po części splatają się sprzeczności interesów, ale jeszcze bardziej sprzeczne wizje ideologiczne realizacji tych interesów.

Ostatnie tygodnie przyniosły eskalację tego konfliktu. Zależny od PiS Trybunał Konstytucyjny (lub Trybunał Kaczyńskiego, tak czy inaczej TK) stwierdził niezgodność z Konstytucją RP szeregu regulacji zapisanych w Traktacie o Unii Europejskiej. Decyzja była odpowiedzią (na wniosek premiera) na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE), kwestionującego szereg zmian w polskim sądownictwie w latach 2018-19 jako potencjalnie podważających niezawisłość i bezstronność sędziów.

W orzeczeniu TSUE stwierdzono, że jeżeli jakiś sąd w Polsce dojdzie do wniosku, że zmiany legislacyjne naruszają prawo UE, będzie zobowiązany do powstrzymania się od orzekania na ich podstawie. W odpowiedzi pisowski TK stwierdził, że przepisy prawa unijnego, o których mowa w tym wyroku, nie mogą być w Polsce stosowane w interpretacji TSUE.

Politycy obozu rządzącego w Polsce pospieszyli z poparciem „prymatu polskiej konstytucji” i ostro skrytykowali TSUE za przekraczanie granic własnych uprawnień. Liberalna opozycja zaatakowała obóz rządzący za obranie kursu na Polexit. A kluczowe polskie instytucje naukowe z dziedziny prawa uznały, że Trybunał – poza wątpliwą legalnością – sam przekroczył swoje uprawnienia, ponieważ nie ma kompetencji do interpretowania wyroków TSUE.

Dodajmy do tego, że już dwukrotnie TSUE nałożył na Polskę kary finansowe. Do kary, w wysokości pół miliona euro dziennie, w sprawie polsko-czeskiego sporu o kopalnię węgla brunatnego w Turowie, dołączyła druga, jeszcze wyższa. Już po decyzji TK unijny Trybunał orzekł milion euro kary dziennie za niezawieszanie stosowania przepisów krajowych dotyczących w szczególności kompetencji utworzonej przez PiS Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.

A jeśli i tego byłoby mało, szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen pod koniec października wprost ogłosiła, że KE nie odblokuje polskich środków z unijnego Funduszu Odbudowy, jeśli nie zostaną spełnione postulaty zmian w krajowym sądownictwie.

Walec kapitalistycznego zarządzania

Łatwo wskazać, że „reformy” sądów ze strony Kaczyńskiego czy Ziobry nie zlikwidowały i nie zlikwidują głównych problemów „wymiaru sprawiedliwości”. Obaj panowie nie mogą (i nie chcą) zmienić faktu, że kapitalistyczne sądy z natury bronią kapitalistycznego porządku społecznego. W jego ramach pozycja klasowa sędziów powoduje, że dużo bliższe są im problemy bogatych niż biednych. Problemem dla PiS jest jednak tylko niewystarczająca kontrola nad sądami ze strony ich władzy. W oczach Ziobry sędziowie mają być równie elitarni co wcześniej – byle były to elity „dobrej zmiany” z jej ideologią.

Ten fakt nie może jednak przysłonić innego – Unia Europejska nie jest tu obrończynią wolności przybywającą na białym koniu. Obecny konflikt w pewnym sensie wpisuje się w specyficzną strukturę Unii Europejskiej, będącej jednocześnie kartelem rywalizujących państw, jak i geopolityczną całością z własnymi ambicjami, wyposażoną w szereg instytucji ponadpań- stwowych o zróżnicowanej władzy.

Brytyjski marksista Alex Callinicos trafnie określił UE mianem „dysfunkcjonalnego niedoszłego imperializmu”. Zdol- ność narzucania przez UE regulacji obowiązujących na jej rynku wewnętrznym innym państwom, zwana czasem jej „siłą normatywną”, jest jednym z jej kluczowych atutów geopolitycz- nych w globalnym kapitalizmie. Reżim regulacyjny UE, chroniący jednolity rynek Unii na żelaz- nych, kapitalistycznych zasadach, jest więc zarówno sposobem na wewnętrzne wzmocnienie istniejących struktur władzy, jak i na rozszerzanie wpływów geopolitycznych.

Trybunał Sprawiedliwości UE nieprzypadkowo jest jedną z niewielu instytucji unijnych o realnej sile ponadpaństwowej. Generalnie wskazywanie na niebezpieczeństwo „usądowienia” polityki nie jest niczym nowym. Ma to miejsce wtedy, gdy decyzje sędziów, będące w istocie istotną częścią procesu politycznego, przedstawiane są jako apolityczne i oparte na pozornie neutralnych „rządach prawa”. Oczywiście w przypadku obecnego konfliktu zarówno strona unijna, jak i polska posługują się trybunałami – tyle, że tego polskiego nikt nie traktuje poważnie. Specyfika Unii powoduje jednak, że wyciąganie przez TSUE bardzo konkretnych wniosków z bardzo ogólnych sformułowań w traktatach, jako proces „integracji przez prawo” ma znaczenie szczególne.

Rola TSUE wpisuje się również w szerszy obraz tego, co w odniesieniu do UE nazwano „(pseudo)technokratycznym zarządzaniem” – nadmiernym rozciąganiem uprawnień po stronie instytucji unijnych w imię zimnego, znów pozornie apolitycznego, zarządzania. Ten neoliberalny ideał realizowany był z całą brutalnością choćby podczas greckiego kryzysu.

To wszystko oznacza jednak, że polski rząd, próbując dla własnych celów rozmiękczać unijną siłę normatywną, dotyka znacznie głębszych filarów strategii unijnego kapitalizmu niż sobie wyobrażąją pisowscy ideolodzy.

Lamenty rządu i opozycji

Polski rząd nie wydaje się mieć silnych kart w tym konflikcie. Unia wciąż boryka się z kacem po Brexicie, a w pierwszych miesiącach pandemii targana była poważnymi konfliktami między państwami członkowskimi. Można by więc uznać, że władze unijne nie mają ochoty na kolejny spór. Jednak to zdecydowanie zbyt mało, by Morawiecki mógł spać spokojnie. Stawka dla Unii jest zbyt wysoka, a Polska zbyt słaba, by powstrzymać karzącą rękę Brukseli.

Obóz rządzący może lamentować i machać szabelką. Szczególnie, że ledwo uciułana (za stanowiska w rządzie i spółkach skarbu państwa) większość parlamentarna uzależnia go od „ziobrystów” z Solidarnej Polski, którzy próbują udowodnić swoje istnienie poprzez „twarde” stanowisko wobec UE.

Jednak we frontalnym starciu z władzami UE szanse ma niewielkie. I oczywiście nikt nie powinien żałować Kaczyńskiego, Ziobry czy ich sądowych „reform”. Pamiętajmy jednak, że unijny walec nawet bardziej bezwzględnie zgniecie wszelką politykę naruszającą zimne normy eurokapitalizmu.

Słabość pisowskich lamentów wynika także z faktu, że jakakolwiek perspektywa Polexitu – mimo lamentów, dla odmiany, liberalnej opozycji – jest wyraźnie sprzeczna z wizją rozwoju gospodarczego promowaną przez obóz rządzący.

Pomimo nacjonalistycznej propagandy sukcesu wszystkie głośne plany gospodarcze rządu były i są uzależnione od inwestycji, stabilności rynku i funduszy związanych z członkostwem w UE. Mamy więc do czynienia z zaawansowaną gimnastyką ideologiczną ze strony władzy. Z jednej strony przysięganie wierności UE. Z drugiej „obrona Polski” przed „neomarksistowską” czy „liberalno-lewicową” Brukselą. W tym przypadku we współpracy z zachodnioeuropejską skrajną prawicą, co zobaczyliśmy po raz kolejny, gdy Morawiecki postanowił fotografować się z francuską faszystką Marine Le Pen.

Prawdziwa religia burżuazji

Na tym polu dużo lepiej czuje się liberalna opozycja, na czele z byłym przewodniczącym Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem, której udało się zmobilizować tysiące ludzi na ulicach wielu miejscowości przeciwko rzekomemu Polexitowi. Członkostwo w UE wciąż cieszy się w Polsce dużą popularnością. Z pewnością wiele osób widzi UE jako humanitarną alternatywę dla nacjonalizmu, rasizmu, czy nienawiści wobec osób LGBT+ prezentowanych przez polski obóz rządzący w najbardziej odrażającej postaci. Im bardziej bezsilni czują się w stawianiu mu czoła, tym więcej nadziei pokładają w Brukseli.

Za symbol tego można uznać fakt, że nawet na protestach w obronie uchodźców na granicy polsko-białoruskiej można spotkać ludzi z unijnymi symbolami. Niezależnie od ich intencji, trudno sobie wyobrazić gorzej ulokowane iluzje, gdy przyjrzymy się śmiercionośnej polityce antyimigracyjnej Unii. Przypomnijmy, polityka unijna odpowiada za przynajmniej 22 842 ofiary śmiertelne na Morzu Śródziemnym od 2014 r. do 26.10.2021 (wg IOM – Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji).

Jednak złudne nadzieje na unijny humanitaryzm to tylko część wyjaśnienia tak dużego odzewu w obronie członkostwa w UE. W 1866 roku Engels w liście do Marksa stwierdził, że bonapartyzm jest „prawdziwą religią współczesnej burżuazji”. We współczesnej Polsce rolę tę spełnia Unia Europejska.

Dla tych, którzy jednoznacznie wygrali na transformacji w ostatnich trzech dekadach – dużej części klasy wyższej i średniej – UE jest ważną częścią nie tylko postrzegania przez nich własnej stabilności materialnej, ale także klasowej tożsamości ideologicznej. Dzięki Unii mogą czuć się częścią światowych zwycięzców, tych którzy swobodnie podróżują po świecie i robią duże zakupy, i którzy chcą być traktowani ze wszystkimi honorami światowej elity.

Stąd bardzo często używane pojęcia „cywilizacji europejskiej” czy „wartości europejskich” z ledwo skrywaną notoryczną nutą wyższości. I oczywiście przy okazji tych „wartości” nie słyszymy o rasizmie, nacjonalizmie czy imperializmie – czyli „wartościach”, które faktycznie rozwinęły się w Europie i z całą brutalnością upowszechnione zostały na całym świecie. W wydaniu klas posiadających Europa to po prostu bogaci, uśmiechnięci, (w miarę) tolerancyjni ludzie, którzy wskazują drogę innym – czyli tak, jak chciałby widzieć siebie zadowolony polski burżua. Nawet mglista perspektywa Polexitu mrozi błękitną krew w żyłach, bo oznacza wypadnięcie z tej wyobrażonej elitarnej społeczności.

Jak na razie, im to jednak nie grozi.

Filip Ilkowski

Tags:

Category: Gazeta - listopad 2021

Comments are closed.