Przeciw ustawie medialnej – bez solidarności z biznesem

| 1 marca 2021
10.02.21 Akcja media bez wyboru. Czarny ekran w TVN24

Przeciw ustawie medialnej – bez solidarności z biznesem

10 lutego główni prywatni nadawcy telewizyjni i radiowi wstrzymali nadawanie. Mogliśmy oglądać tylko czarne ekrany z napisem: „Media bez wyboru”.

Także szereg gazet ukazało się z taką stroną tytułową. Mogliśmy też przeczytać „List otwarty do władz RP i liderów ugrupowań politycznych”, podpisany przez kilkudziesięciu nadawców wspierających „strajk” – jak sami go nazwali – wymierzony w „haracz” zawarty w projekcie nowej ustawy przygotowywanej przez rząd.

Akcja protestacyjna mediów komercyjnych była niewątpliwie imponująca, pokazując możliwości zorganizowania się w osiem dni (od 2.02) kilkudziesięciu instytucji. Związki zawodowe, czy szerzej ruch pracowniczy, może pozazdrościć – i uczyć się – takiego zorganizowania, szybkiego i solidarnego.

Jednocześnie nie jest to zaskakujące, że instytucje biznesowe mają zupełnie inne możliwości działania, a obrona zysków może połączyć, jak nic innego… Niewątpliwie pozycja (i interesy) biznesu medialnego są zupełnie inne niż ruchu pracowniczego.

Walka o kontrolę ideologiczną

Generalnie w ustawie chodzi o opodatkowanie reklam – w kwocie, w zależności od przychodu, od 7,5 do 15% w telewizji, radiu, kinach i na „zewnętrznych nośnikach reklamowych”, a od 2 do 12% w gazetach. Opodatkowanie dotyczyć ma przychodów na ponad 1 mln zł w pierwszym i ponad 15 mln drugim przypadku. Bardziej opodatkowane mają być reklamy produktów leczniczych, wyrobów medycznych, suplementów diety i napojów słodzonych. Oprócz planowanie jest nałożenie 5% podatku od reklam w internecie – płaconych przez firmy mających przychody przekraczające 750 mln euro, w tym przynajmniej 5 mln euro w Polsce.

Pieniądze z tych podatków, szacowane na 800 mln zł, mają w połowie zasilić budżet Narodowego Funduszu Zdrowia, w 15 % Narodowy Fundusz Ochrony Zabytków, a w 35% nowo powstały „Fundusz Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów”. Do zadań tego ostatniego zaliczać się ma m.in. „budowa platform dystrybucji informacji oraz analiz treści pojawiających się w mediach, w szczególności cyfrowych”, jak i „wspieranie zwiększania udziału polskich treści w obszarze mediów”.

Ustawy nie sposób popierać. Rządzący podkreślają, że dotyczyć ma ona wszystkich mediów, ale oczywiste jest, że dokonuje się tu rodzaj redystrybucji kasy, poprzez odbieranie jej mediom nielubiących obecnej władzy politycznej i przekazania części z niej (35%) do „Funduszu” z kontrolowanym przez siebie przekazem ideologicznym.

Wpisuje się to w ogólny obraz chęci zacieśniania kontroli nad całością tego przekazu w Polsce. Kierunek jest jednak dokładnie ten sam, co w przypadku przejmowania przez kontrolowany przez państwo – i obecny obóz rządzący – PKN Orlen części mediów lokalnych.

W tle majaczy inspiracja Węgrami, gdzie „bratanek” obecnej władzy Victor Orbán był w stanie realnie kontrolę nad mediami zacieśnić. Przy czym podkreślmy, że w tym projekcie nie jest to wielka kasa, choćby w porównaniu z 2 mld zł przekazanymi w 2020 r. z budżetu państwa na TVP. Niewątpliwie ma miejsce chęć „utarcia nosa” nieprzychylnym mediom w połączeniu z sondowaniem, jak będzie reakcja na próby ograniczania ich pozycji.

Konflikt wewnątrz klasy panującej

Sprzeciw wobec ustawy nie zmienia faktu, że zasadniczo mamy do czynienia z konfliktem w łonie kapitalistycznej klasy panującej. Rządzący PiS pozostaje dla większości większego biznesu działającego w Polsce politycznym ciałem obcym (co pokazały choćby ostatnie wybory prezydenckie), z jego ideologią opartą na lękach i frustracjach niezadowolonej części drobnego biznesu i generalnie „niższej klasy średniej”, dość niezdarnie próbując rozbudowywać własną bazę wśród większego kapitału.

Głównym skutkiem tego jest rodzaj bieda-bismarckizmu, nawiązując tu do pruskiej polityki „socjalizmu państwowego” z czasów Bismarcka pod koniec XIX wieku. Tyle, że bez silnej armii i arystokracji ziemskiej (junkierstwa), na których niemiecki „żelazny kanclerz” mógł się opierać w swej pruskiej drodze budowy kapitalizmu (nie socjalizmu) z silnym udziałem państwa.

Głosy, że działania PiS to jakiś rodzaj janosikowej sprawiedliwości w walce z korporacjami to doprowadzenie wiary w mające stać poza kapitalizmem (a nawet wbrew niemu) państwo, wiary bliskiej socjaldemokratom różnej maści, do poziomu karykaturalnej farsy.

Większym problemem wśród osób poczuwających się do lewicowości wydaje się jednak bezkrytyczne przyjmowanie perspektywy właścicieli medialnych koncernów.

„Wolne media!” – głównie to mogliśmy usłyszeć wśród przeciwników ustawy, jakby sprzeciw wobec planów rządu oznaczał rozumienie rzeczywistości na poziomie Tomasza Lisa. Wielkie korporacje, jak Ringier Axel Springer, Discovery czy polski potentat medialny Zygmunt Solorz nagle stać się mieli ucieleśnieniem wolności mediów. Pieniądze rzeszy innych korporacji wydających miliony na reklamy stać się miały jej gwarantem.

Nie pojawiła się refleksja, że sam fakt zależności od reklamodawców jest wyznaczającą ramy tej „wolności” patologią, od której dyskusję w tej sprawie warto by zacząć… Cała struktura „przemysłu informacyjnego” jest wyrazem toksycznych interakcji wielkiego biznesu, państw i ideologicznej hegemonii, która bynajmniej nie jest uprawiana tylko narzędziami władzy politycznej.

Niezależność pracowniczego punktu widzenia

Z pracowniczego punktu widzenia nie możemy się wlec w ogonie żadnej z „frakcji” klasy panującej. To zasada numer jeden. Zrozumiałe jest, że pracownicy sektora medialnego (gdzie stosunki pracy pełne są najgorszych patologii) boją się zwolnień, ale odpowiedzią na to nie jest proste włączanie się w akcje swych szefów na zasadzie korporacyjnego wchłonięcia.

Dokładnie tak, jak obawiający się zwolnień górnicy ostatecznie przegrają, jeśli pozostaną cieniem propagandy firm wydobywczych czy energetycznych, a związkowcy z radomskiego „Łucznika” nie powinni zachwalać w mediach zalet karabinka „Grot”.

Pracownicy powinni mówić własnym głosem, co w przypadku mediów oznacza krytykę całości kapitalistycznego, prywatno-państwowego „rynku medialnego”, połączoną z żądaniem obrony miejsc pracy.

Postulat nacjonalizacji pod kontrolą pracowniczą, w przypadku ewentualnych zwolnień, czy prób przejęć instytucji medialnych przez spółki skarbu państwa, jest tu jak najbardziej na miejscu.

Szczególnie dobitnie musi być tu podkreślany aspekt kontroli pracowniczej, dla odróżnienia od przejęć dokonywanych przez państwowy biznes, które oczywiście nawet z cieniem takiej kontroli nie mają nic wspólnego.

Zasadnicze pytanie jest takie, czy obecne plany rządu zmieniają coś w kontekście ogólnej możliwości działania pracowników przeciw panującym – i ogólnie buntowania się przeciw panującym. Oczywiście dotyczy to także (a w tym kontekście nawet przede wszystkim) władzy politycznej, ale nie tylko jej, lecz także władzy w szerszym sensie społecznym, począwszy od tej w miejscach pracy. To jest główną miarą rozszerzania lub zawężania demokracji.

Czy wolność i demokracja pracownicza, włączając w to pracowników samych koncernów medialnych, zostaną rozszerzone proponowaną ustawą? Oczywiście, nie zostają. Czy będą zawężone? Tu odpowiedź nie jest tak oczywista. Z pewnością ściślejsza kontrola przebiegu informacji mogłaby mieć zawężający charakter w tym sensie, że skuteczniejsza mogłaby być kontrola informacji dotycząca protestów przeciw władzy – szczególnie politycznej. Trudno nie zauważyć, że Kaczyński i spółka mają pragnienia idące w tym właśnie kierunku.

Jednak to wszystko wciąż jest na poziomie „mogłaby”. Z pewnością samo nałożenie podatku od reklam w obecnej wersji, niezależnie od pragnień Kaczyńskiego, nie spowoduje, że Ringier Axel Springer czy Discovery wycofają się w Polski.

Słabość pisowskiej władzy

Generalnie wydaje się, że w tym konflikcie – jeszcze raz podkreślmy, zasadniczo konflikcie między różnym frakcjami klasy kapitalistycznej – władza pisowska jest na przegranej pozycji. A to dlatego, że nie tylko w dużej mierze zależy ekonomicznie od kapitału europejskiego, ale (i to ją odróżnia od przypadku węgierskiego), geopolitycznie opiera swój żebraczy imperializm przede wszystkim na bycie głównym wasalem Stanów Zjednoczonych w regionie.

Jest mało prawdopodobne, by władza polityczna w Polsce (nie tylko zresztą pisowska) zaryzykowała poważniejszy konflikt z amerykańskimi korporacjami medialnymi, na czele z Discovery kontrolującą TVN. A protest 10 lutego pokazał, że nawet dość umiarkowane próby w tym względzie spotykają się ze zorganizowaną odpowiedzią korporacji medialnych.

Istotne jest jednak, abyśmy jako strona pracownicza mówili w tej sprawie własnym głosem.

Filip Ilkowski

Tags:

Category: Gazeta - marzec 2021

Comments are closed.