Fukushima – nuklearne ostrzeżenie

| 1 kwietnia 2021

Mija 10 lat od dwóch katastrof, które skompromitowały jednych z największych zakładów nuklearnych na świecie. To pokazuje, że energia nuklearna nigdy nie może być bezpieczna, mówi Martin Empson.

11 marca 2011 r., 70 kilometrów na wschód od Japonii, miało miejsce trzęsienie ziemi o magnitudzie 9 stopni. Spowodowało ono wielką falę tsunami, która doprowadziła do ogromnych zniszczeń. Zginęło prawie 16 000 osób, zostało zniszczonych 120 000 tys. budynków, a kolejny milion zostało uszkodzonych.

Jednak te zniszczenia prawie od razu zostały przysłonięte w mediach z powodu postępującej katastrofy w zakładach nuklearnych Daiichi w Fukushimie.

Fukushima, z jej sześcioma reaktorami, była jedną z największych na świecie elektrowni atomowych.

Została zbudowana na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku przez amerykańską firmę energetyczną General Electric oraz Tokyo Electric Power Company (TEPCO).

Kiedy uderzyło trzęsienie ziemi, reaktory w Daiichi w Fukushimie wyłączyły się automatycznie i przeszły na zasilanie awaryjne na miejscu.

Zasilanie to było potrzebne do utrzymywania niezbędnego funkcjonowania sprzętu, szczególnie pomp do cyrkulacji wody, potrzebnej do schłodzenia reaktora.

Jednak gdy chwilę później uderzyło tsunami, fala przekroczyła nieadekwatne wały nadmorskie, niszcząc infrastrukturę i zalewając kompleks.

Na miejscu zawiodło zasilanie, co oznaczało brak energii do pompowania wody do chłodzenia reaktorów.

Pracownicy walczyli o zatrzymanie eskalacji katastrofy, jednak ich praca została spowolniona z powodu śmierci i dewastacji dookoła.

Musieli w gruzach poszukiwać akumulatorów samochodowych i autobusowych, aby podłączyć kluczowe oprzyrządowanie bezpieczeństwa i dowiedzieć się, co dzieje się w rdzeniach reaktorów.

Katastrofę spotęgowały lata niedofinansowania i złego zarządzania.

W 2002 roku TEPCO przyznało, że przez lata fałszowało akta bezpieczeństwa – m.in. ukrywano dowody na pęknięcia w reaktorach we wszystkich swoich zakładach.

5 lat później TEPCO przyznało się do fałszowania wyników 200 incydentów.

Po katastrofie zostały odkryte bliskie stosunki pomiędzy TEPCO a japońskim rządem.

Te relacje pozwalały chronić przemysł jądrowy, podczas gdy rząd

bagatelizował ryzyko.

Według danych Związku Zainteresowanych Naukowców (Union of Concerned Scientists, UCS) z 2012 roku, 22 członków japońskiej Komisji Bezpieczeństwa Nuklearnego otrzymało od przemysłu jądrowego 1 322 000 dolarów.

Takie związki nie istnieją jedynie w Japonii. Przemysł jądrowy powstał w wyniku potrzeby budowy broni nuklearnej. Zakłady nadal dostarczają materiały dla przemysłu zbrojeniowego.

Korzenie energetyki jądrowej w Japonii można odnaleźć w polityce zimnowojennej.

Przemysł jądrowy obiecał pracę i inwestycje w odległych regionach Japonii.

Od najwcześniejszych dni przemysłu nuklearnego w Japonii istniały bliskie powiązania pomiędzy rządem krajowym i lokalnymi samorządami, między sektorem prywatnym i polityką międzynarodową.

Te komfortowe relacje oznaczały, że TEPCO uchodziło na sucho stosowanie nieadekwatnych zasad bezpieczeństwa, podczas gdy rząd przedstawiał energię nuklearną jako bezpieczny i opłacalny ekonomicznie system energetyczny.

Jednak prawda była zupełnie inna, ponieważ Japonia jest szczególnie podatna na trzęsienia ziemi. Wraz z rozwojem przemysłu nuklearnego rosły obawy dotyczące aktywności sejsmicznej.

Kiedy mieszkańcy próbowali kwestionować bezpieczeństwo branży, często byli ignorowani. Przykładowo, w roku 1979 mieszkańcy Kasziwasaki próbowali powstrzymać TEPCO od budowania nowego zakładu argumentując, że „rząd nie wykonał odpowiednich kontroli geologicznych na miejscu budowy zakładu i nie zauważył aktywnej linii uskoku.”

W 2005 roku sąd uznał, że „nie ma linii uskoku”, ale 2 lata później trzęsienie ziemi o skali 6.8 stopnia uderzyło w elektrownię, która była zaprojektowana tylko do wytrzymania trzęsień ziemi mniejszych niż 6.5, powodując pożar.

Japoński przemysł jądrowy odpowiadał za dwa błędy.

Po pierwsze, bagatelizowano potencjalne zagrożenia zdarzeń sejsmicznych dla ich reaktorów.

Po drugie, według ich planów było mało prawdopodobne, aby trzęsienia ziemi wystąpiły razem z innymi katastrofami.

Tsunami z roku 2004 wprowadziło rewolucję w szacowaniu ryzyka takich zdarzeń, ale nawet po tym wydarzeniu TEPCO zdecydowało, że linii uskoku w pobliżu Fukushimy nie spowodują tsunami. Firma nie zgodziła się na zmiany, które mogły zmniejszyć skutki katastrofy w Fukushimie.

Kiedy katastrofa uderzyła w Fukushimę, zniszczenia spowodowały wielokrotne eksplozje, powtarzające się wycieki promieniowania i kryzys, który groził gwałtowną eskalacją.

W końcu to ludzie, którzy pozostali na swoich stanowiskach, aby powstrzymać katastrofę, byli tymi, którzy ostatecznie opanowali sytuację.

Pracowali w niebezpiecznych warunkach, blisko śmiertelnego poziomu stężenia radioaktywnego i często z nieadekwatnym sprzętem ochrony osobistej.

Nie wiedząc, czy przeżyją, pracownicy zapisali swoje nazwiska na tablicy w głównym pomieszczeniu kontrolnym, aby upewnić się, że ich rodziny dowiedziały się o tym, co się z nimi stało.

Nie ma wątpliwości, że ich odwaga w ciągu kilku godzin, dni i tygodni po trzęsieniu ziemi zapobiegła znacznie gorszej katastrofie.

W następstwie Fukushimy ponad 160 000 ludzi było zmuszonych do opuszczenia swoich domów.

Dzisiaj apologeci energii nuklearnej sugerują, że wielu z tych ludzi nie musiało uciekać, jednak poza Japonią czołowe autorytety nuklearne uważały, że skala katastrofy uzasadnia większą ewakuację, niż japoński rząd był skłonny zorganizować.

Nastąpiło wielkie przewartościowanie energii nuklearnej. Ogromne protesty w Japonii domagały się zamknięcia branży.

W Stanach Zjednoczonych sektor jądrowy twierdził, że to, co stało się w Fukushimie było unikalne i nie mogłoby wydarzyć w uch państwie. Jednak ten argument opiera się na fałszywej przesłance.

Wydarzenia w Fukushimie szybko eskalowały, ponieważ kombinacja trzęsienia ziemi i tsunami doprowadziła do awarii dostawy prądu.

Możliwość takiej całkowitej awarii prądu nie była wcześniej przewidziana.

Chociaż konkretne połączenie trzęsienia ziemi i tsunami może być mało prawdopodobne w innym miejscu, istnieją inne okoliczności, które mogą prowadzić do tych samych skutków.

W Stanach Zjednoczonych 34 reaktory w 20 miejscach znajdują się za dużymi tamami.

Jedna z takich elektrowni, stacja nuklearna Oconee w Południowej Karolinie, znajduje się poniżej tamy Hocassee.

W promieniu pięćdziesięciu mil (80 km) od kompleksu mieszka 1,4 miliona ludzi – to taki sam obszar, któremu władze atomowe USA zaleciły ewakuację po Fukushimie.

Fukushima zwróciła uwagę świata na bezpieczeństwo nuklearne. Jednak są inne ważne argumenty przeciwko tej formie energii.

Po pierwsze, energetyka jądrowa jest ściśle powiązana z przemysłem broni jądrowej.

Drugim argumentem są problemy powodowane przez odpady radioaktywne.

Wiele lat po Fukushimie japoński rząd nadal musi zajmować się 14 milionami metrów sześciennych skażonej gleby zebranej z obszarów, na których wystąpiły opady. Szacuje się, że koszt sprzątania to 670 miliardów dolarów.

Wraz z rozwojem katastrofy pracownicy znaleźli sposoby na polewanie zimną wodą morską przegrzewających się reaktorów.

Część tej wody trafiła do Pacyfiku. Dzisiaj milion ton radioaktywnej wody znajduje się w specjalnych zbiornikach w Fukushimie, podczas gdy rząd debatuje nad spuszczeniem jej do oceanu.

Przemysł jądrowy i jego apologeci mówią nam, że nowa technologia jądrowa sprawia, że wypadki są mało prawdopodobne i będą produkować mniej odpadów.

To puste argumenty. Przemysł ten już pozostawił nam dziedzictwo odpadów i zanieczyszczeń, które pociągają za sobą ogromne koszty sprzątania.

Rząd brytyjski szacuje, że koszt likwidacji istniejących elektrowni jądrowych wyniesie co najmniej 131 miliardów funtów. Pokrywa go podatnik, a nie firmy atomowe, które czerpią zyski ze sprzedaży energii elektrycznej.

Budowa nowych elektrowni trwa latami i słusznie wymaga szczegółowej analizy bezpieczeństwa, która wyjaśnia ich wysoki koszt.

Świat musi pilnie zmienić swoje podejście do zużycia energii.

Nie może to jednak oznaczać inwestowania miliardów w przemysł jądrowy, który wiele obiecuje, ale nie spełnia obietnic i zagraża życiu niezliczonych istnień.

Zamiast tego socjaliści muszą walczyć o strategie, które ograniczają zużycie energii, zwiększają jej wydajność, zmniejszają ilość odpadów i są oparte na energii odnawialnej.

Infrastruktura energetyczna musi zostać odebrana korporacjom i oddana we własność publiczną.

Tłumaczył Aleksander Długołęcki

Martin Emspon jest autorem książki „System Change not Climate change”

Tags:

Category: Gazeta - kwiecień 2021, Wydarzenia i spotkania

Comments are closed.