Rok 1956 w Polsce. Poroniona rewolucja

W tym roku obchodzimy 70. rocznicę „polskiego października” 1956 r. Wydarzenia tego czasu miały w istocie przedrewolucyjny charakter.
Nastąpił głęboki kryzys władzy, pod rewolucyjnymi hasłami wiecowali robotnicy i studenci, a w zakładach szerzyła się idea rad robotniczych. Mateusz Bodura pisze, co się wtedy stało i dlaczego ostatecznie ten wielki ruch skończył się tylko zmianą polityczną w ramach tego samego systemu – nie socjalizmu, którym się ogłosił, ale biurokratycznego kapitalizmu państwowego.
Śmierć Stalina
W 1953 r. po śmierci Stalina zapanował chaos wśród przywódców tzw. „demoludów”. Za Stalina wystarczało być posłusznym tylko jemu, teraz nie wiadomo było, kogo słuchać.
Na początku nie nastąpiła liberalizacja. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) i Urząd Bezpieczeństwa (UB) – te dwie instytucje niepozwalające bezpiecznie nikomu zasnąć – nadal istniały.
Pierwsze symptomy nastąpiły w 1954 roku. Lekko zrewidowano plan 6-letni. Na wrześniowym plenum Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (KC PZPR) przywódca partii Bolesław Bierut dokonał samokrytyki. W grudniu zlikwidowano MBP, choć aparat bezpieczeństwa działał dalej pod zmienioną nazwą i strukturą.
Badania Stanisława Akolińskiego pokazały, że w tym okresie 50–60% rodzin pracowniczych miało niedobór w budżecie domowym (stan na 1956 r.). Komisja powołana przez KC stwierdziła, że realny wzrost zarobków w okresie 1951–1955 wyniósł 13%, ale w latach 1951–1953 nastąpił spadek płac.
„Tajny referat”

W lutym 1956 r. na XX Zjeździe Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego (KPZR) przywódca ZSRR Nikita Chruszczow ogłosił „tajny referat”, będący jego kartą przetargową, by zmusić twardych stalinistów do ustępstw. Krytykował Stalina i lata jego rządów, zrzucając odpowiedzialność na kult jednostki.
10 marca 1956 r., bez wiedzy KC, Trybuna Ludu opublikowała artykuł „O kulcie jednostki i jego następstwach”, nawiązujący do referatu Chruszczowa pod tym samym tytułem. 21 marca Sekretariat KC PZPR podjął decyzję o wydrukowaniu i rozpowszechnieniu w Polsce samego referatu. Efektem tego były otwarte dyskusje na jego temat.
Wkrótce po ogłoszeniu referatu zmarł Bierut, co powiększyło chaos na szczytach władzy. W kierownictwie PZPR powstały dwie frakcje: puławianie (miękki stalinizm) i natolińczycy (twardy stalinizm). Natolińczycy przeciwstawili się liberalizacji i próbowali zrzucić odpowiedzialność za zbrodnie stalinizmu na działaczy pochodzenia żydowskiego. Negatywnie odnosili się do inteligencji, kokietowali robotników. Puławianie opowiadali się za liberalizacją systemu i sprzeciwiali się antysemityzmowi, co sprawiało, że wielu ludzi o postępowych poglądach się z nimi utożsamiało. O Natolinie pisał Leszek Kołakowski w piśmie Po Prostu: „Kiedykolwiek cień antysemityzmu, choćby najbardziej nikły, przemyka się pod bramami naszych domów – Uwaga! – kanalia stoi za rogiem, kontrrewolucja obnaża kły”. Obie grupy zaakceptowały jako kompromisowego I sekretarza Edwarda Ochaba, który lawirował między nimi. Nadchodziła jednak fala, która musiała gdzieś uderzyć.
Bunt robotniczy w Poznaniu
Tym miejscem był Poznań – zakłady ZISPO, gdzie w latach 1953–1956 wydajność pracy wzrosła o 26,3%, a płace o zaledwie 1,6%. Dodatkowo okazało się, że 5074 robotnikom ZISPO potrącono nadmierny podatek w wysokości 11 mln złotych, czyli średnio 2168 zł na osobę, podczas gdy przeciętna miesięczna płaca robotnika wynosiła 1236 zł. Robotnicy komunikowali swoje niezadowolenie od 1955 r. Wszystkie listy i delegacje były odsyłane z kwitkiem.
28 czerwca 1956 r. ludzie mieli już dość wodzenia za nos. „Padło hasło: nie chcą rozmawiać z naszymi delegatami, to niech rozmawiają z całą załogą – wychodzimy!”. Około godziny 9.00 zgromadzenie liczyło 30 000 osób, potem demonstracje zaczęły się rozlewać po mieście. Strajk przerodził się w żywiołową manifestację mieszkańców Poznania. W protest wdarł się jednak chaos. Przejęty przez demonstrantów radiowóz nawoływał do pójścia do więzienia i uwolnienia delegatów robotniczych, którzy w rzeczywistości znajdowali się w tłumie. Delegat ZISPO Edmund Taszer wspominał: „Wtedy zacząłem wołać, że to nieprawda, jesteśmy razem z wami – ale w tym napięciu i przy takich emocjach niewielu nas słyszało”. Delegaci ZISPO stracili panowanie nad tłumem.
Tego samego dnia o godzinie 6.30 ppłk Józef Lipiński jako pierwszy zawiadomił Warszawę o rozpoczęciu strajku i wyjściu robotników na ulice. Między godziną 7.00 a 10.00 doszło do spotkania Edwarda Ochaba z Konstantym Rokossowskim (marszałkiem Polski i ZSRR, skierowanym do Polski przez Stalina w 1949 r.), podczas którego zapadła decyzja o użyciu wojska przeciwko protestującym. Biuro Polityczne KC PZPR następnie zaakceptowało tę decyzję. Około godziny 11.00, po otrzymaniu informacji o rozbiciu więzienia i pierwszych rannych, Edward Ochab prawdopodobnie wydał rozkaz użycia broni.
Znaczenie Poznania
W Tygodniku Solidarność w 1981 r. Artur Hajnicz pisał: „Tych wszystkich i wielu innych zmuszał Poznań do wyboru: po stronie ludzi, którzy kazali strzelać do robotników czy po stronie tych, do których strzelano. Czy stanąć – jak kazała socjalistyczna tradycja – po stronie wyklętego ludu ziemi, czy też po stronie władzy, która była sprawowana w imieniu tego ludu”. Dalej pisał: „To robotnicy poznańscy przez rozszerzenie zasięgu społecznego konfliktu i przez dramatyczną siłę swego wystąpienia założyli podwaliny Polskiego Października”.
Robotnicy nie mogli liczyć na miękkich stalinistów z partii – puławian – ponieważ ci potępiali bunt jako „nieodpowiedzialny”, mogący zaszkodzić ich programowi odgórnej liberalizacji. Poznań jednak wzmógł napięcie między dwiema grupami w kierownictwie partii, stawiając jeszcze ostrzej pytanie: rządzić pałką stalową czy jednak gumową?
Ogniska awangardy
Pierwszą kuźnią awangardy był warszawski zakład FSO Żerań, z Lechosławem Goździkiem na czele, który rzucił hasło rad robotniczych. Była to kluczowa idea, która poruszyła robotników i studentów. „[…] idea rad robotniczych – [była] przyjmowana i powielana dlatego, że była sztandarem ruchu przemian” – pisał Jacek Kuroń.
Sam Goździk mówił, że hasło rad robotniczych było świadomym nawiązaniem do rewolucji październikowej: „Przypominały nam się dni Rewolucji Październikowej, gdzie mówiono o delegatach robotniczych, o Radach Delegatów Robotniczych. […] Doszliśmy do przekonania, że nic by nie było złego, gdyby w fabryce powstała rada robotnicza, która by zarządzała przedsiębiorstwem, ustalała główne kierunki w dziedzinie ekonomicznej, gospodarczej, organizacyjnej, która by kierowała i jednocześnie dawała polecenia administracji do wykonania”.
Goździk wspominał, że byli w kontakcie ze studentami, dziennikarzami i ekonomistami. Robotnicy i studenci nawzajem się radykalizowali. Dało to w efekcie drugą kuźnię nowych idei – Po Prostu.
Była to pierwsza gazeta o ogólnopolskim zasięgu, która zaczęła otwarcie pisać o bolączkach społe- czeństwa: od katastrofalnych warunków pracy, poprzez rehabilitację żołnierzy AK, po hasło rad robotniczych. 30 września 1956 r. pisano: „Nie ma dyktatury proletariatu, tj. demokracji proletariackiej bez pełnej, konsekwentnej robotniczej demokracji ekonomicznej. Nie ma zaś demokracji robotniczej tak długo, jak długo robotnik jest tylko najemnikiem państwowego przedsiębiorstwa, jak długo nie jest jego rzeczywistym gospodarzem”.
Czy władza panowała nad gazetą? Wiadomo o kontaktach redakcji z partią, ale redakcja uzyskała znaczną niezależność polityczną. Tak naprawdę żadna z dwóch grup – puławianie ani natolińczycy – nie starała się o poparcie Po Prostu.

Październik
PZPR stanęła przed kryzysem. Biuro Polityczne, obradujące 8 i 10 października, stwierdziło, że „sytuacja w partii jest bardzo ciężka, przejawiają się elementy kryzysu, nieufność do kierownictwa partii i rządu, demagogiczne żądania podwyżki płac, wzrost nastrojów antyradzieckich, szerzenie różnych kontrrewolucyjnych teoryj”.
Polski ruch oddolny był niebezpieczny również dla władz w ZSRR – w Moskwie obawiano się rewolucji w Polsce. Dodatkowo 17 października puławianie, na dwa dni przed planowanym rozpoczęciem VIII Plenum KC, rozesłali członkom partii informacje o planowanych zmianach personalnych, licząc na to, że wiadomość wyjdzie poza partię i trafi „na ulicę”. Rozpoczęły się wiece poparcia dla zmian w kierownictwie. Dzień później minister obrony ZSRR Gieorgij Żukow wydał rozkaz postawienia Północnej Grupy Wojsk ZSRR w stan gotowości.
Ogromny niepokój w kierownictwie KPZR wywołała odmowa uzgodnienia z Moskwą zmian personalnych w KC. Do kierownictwa miał wrócić Władysław Gomułka – wcześniej odsunięty od władzy, aresztowany i więziony, a w 1954 r. zwolniony. Przez „ulicę” był postrzegany jako człowiek dążący do zmian, natomiast w Moskwie obawiano się, że może chcieć wyprowadzić Polskę z Układu Warszawskiego.
Chruszczow najpierw zażądał odwołania Plenum i wcześniejszego spotkania, na co kierownictwo PZPR nie przystało. 19 października delegacja ZSRR z Chruszczowem na czele zjawiła się niespodziewanie w Warszawie, a dwie dywizje pancerne wojsk ZSRR ruszyły w kierunku stolicy. Wbrew późniejszej legendzie wojsko polskie nie szykowało się do obrony przed wojskami ZSRR ani nie wydawano broni ludności.
W tym czasie odbywały się wiece na Politechnice Warszawskiej. 20 października zgromadziło się tam około 20–30 tys. osób. Najgoręcej było tam, gdzie byli studenci i wielkoprzemysłowa klasa robotnicza. Kuroń wspominał: „Chodziło nam o to, żeby na VIII Plenum wydusić zmiany, jakie chcieliśmy. Do tego trzeba było mobilizacji mas, trzeba było w stałym wiecowaniu narzucić plenum naszą wolę, być przygotowanym do wyjścia na ulicę, do demonstracji – żeby plenum działało pod naciskiem klasy robotniczej, rewolucyjnej młodzieży”.
Jednocześnie narastała atmosfera strachu przed prowokacją. Każde hasło antyradzieckie lub żądające obalenia PZPR było atakowane – obawiano się, że może to doprowadzić do walk i sprowokować interwencję. Jak opisywał to Karol Modzelewski: „Po buńczucznych postanowieniach, że przechodzimy do opozycji, polecieliśmy gasić nastroje”. Robotnicy z Żerania wraz ze studenckimi działaczami powstrzymali demonstrację zmierzającą pod ambasadę ZSRR.
20 października delegacja ZSRR odleciała z Polski. Trzy dni później, 23 października, wybuchła rewolucja na Węgrzech.
Odwrót od Października
Władysław Gomułka otrzymał ogromny kredyt zaufania. Po Prostu pisało 28 października 1956 r.: „Co się stało w naszym kraju? […] dokonała się u nas po prostu rewolucja. Rzeczywista rewolucja ekonomiczno-polityczna, społeczna, ideologiczna”. I dalej: „Wszystko zdaje się wskazywać na to, że zwyciężyła lewica komunistyczna, nurt rewolucyjno-demokratyczny w partii”.
Jednak Gomułka już dzień później stwierdził, że „awangarda procesu demokratyzacji” nie może dalej zaostrzać sytuacji. Innym razem mówił: „Myśmy nie zrobili żadnej rewolucji, bo żadnej rewolucji u nas nie było i nikt nie stawiał sobie za cel robienia jakiejś rewolucji. My tylko zmieniamy metody naszej pracy”. Ludzie liczyli na zmiany, a dokonało się tylko przetasowanie w partii.
Rady robotnicze, które były ideą przewodnią 1956 roku, stały się fikcją. Po Prostu pisało 20 stycznia 1957 r.: „Jakie są bowiem kompetencje aktualnie istniejących Rad Robotniczych? Formalnie rzecz biorąc – prawie żadne”. Dalej: „W obecnych warunkach istnienia centralnej dyspozycji – rola tych Rad (…) jest przesądzona. Jeśli w najbliższym czasie nie zmieni się radykalnie system zarządzania przemysłem – Rady mogą się stać jeszcze jedną stalinowską fikcją stwarzającą pozory, że masy rządzą”.
„Niech nikt nam nie wmawia, że sam fakt istnienia Rad przesądza o zwycięstwie nad stalinizmem. Mogą istnieć Rady i może istnieć stalinizm – te dwie rzeczy się nie wykluczają. Oczywiście Rad w myśl omówionej wyżej ustawy”. A w ocenzurowanym fragmencie pisano: „Jej podstawową wadą [ustawy] jest oddanie Rad Robotniczych na łaskę i niełaskę biurokracji”.
Na początku października 1957 r. decyzją władz PZPR zlikwidowano Po Prostu. Ruch oddolny był już w odwrocie.
Gdy odbywały się protesty przeciwko zamknięciu pisma, przedstawiciele rady robotniczej z Zakładów im. Kasprzaka proponowali strajk w jego obronie. Redaktorzy nie skorzystali z tej propozycji, uznając, że byłaby to daremna walka, która naraziłaby robotników na represje.
Już w maju 1957 r., na IX Plenum KC PZPR, Gomułka mówił: „Nie odbierając robotnikom prawa do strajku, musimy im jednak powiedzieć: strajk nie jest drogą do poprawy bytu, nie zwiększa, lecz zmniejsza narodową porcję chleba. Lepiej więc nie strajkować”.
Latem 1957 r. wybuchły strajki w Poznaniu, Bydgoszczy, Warszawie i Wrocławiu. W samej Łodzi do połowy roku doszło do jedenastu mniejszych strajków. 12 sierpnia rozpoczął się strajk łódzkich tramwajarzy, który 14 sierpnia został rozpędzony przez ZOMO. Kilka dni później Gomułka krzyczał o „warchołach”.
Czemu władza Gomułki przetrwała? Analitycy NATO w owych latach stwierdzili: „Władza Gomułki przetrwała z braku lepszych alternatyw. Niezadowoleni z faktu, iż nie dotrzymał on październikowych obietnic, uznali go za lepsze rozwiązanie niż powrót do rządów jakiegoś stalinisty lub objęcie ich przez przywódcę narzuconego przez ZSRR (…) Moskwa i sąsiedzi Polski z bloku komunistycznego widzą w nim z kolei rozwiązanie lepsze niż rozkład tkanki społecznej lub kolejna krwawa łaźnia w węgierskim stylu”.
Lekcje poronionej rewolucji
Rewolucja, na którą liczyli ludzie, została poroniona, ponieważ od samego początku była chora. Ruch oddolny był realny, ale zabrakło podstawowej rzeczy – organizacji. Czy możemy sobie wyobrazić, by jakakolwiek rewolucja została wygrana bez organizacji, bez prawdziwej partii rewolucyjnej? Polityczna pustka musi zostać przez kogoś wypełniona. Tę pustkę wypełniła wiara w PZPR i w Gomułkę.
Lechosław Goździk, który był bożyszczem tłumów, o którym mówiono: „Goździk – gwoździk dla stalinizmu” i który mógł konkurować z Gomułką o popularność, nie podjął próby stworzenia niezależnej organizacji. Nikt nie wysunął idei budowy partii rewolucyjnej. Sam Goździk w listopadzie 1956 r. stwierdził: „Gwarancją prawidłowego, leżącego w interesie mas, w interesie socjalizmu i Polski, przebiegu procesu demokratyzacji w kraju, jest zachowanie w nim kierowniczej roli partii przez wszystkie jej organizacje, a nie tylko przez Biuro Polityczne, przez Komitet Centralny”.
Również redakcja Po Prostu miała złudzenia co do możliwości przeobrażenia PZPR w autentyczną partię rewolucyjną. Wiara, że partia się przeobrazi, była ogromnym błędem – partia rządząca była problemem, a nie rozwiązaniem.
Goździk w Tygodniku Solidarność z 23 października 1981 r. tak opisywał stan klasy robotniczej w 1956 roku: „Wtedy klasa robotnicza dopiero powstawała. […] Ale mieli też pewną przewagę. Byli twardzi. Gotowi na wszystko”. I dalej: „My byliśmy pełni wiary. Nas dopiero pierwszy raz oszukano”.
Jakie lekcje na dziś można wyciągnąć z 1956 roku? W Polsce nie istniała wtedy żadna dyktatura proletariatu – rozumiana jako demokracja pracownicza – o której pisał Marks.
Prawdziwymi marksistami byli zwykli robotnicy i studenci, którzy wznieśli hasło rad robotniczych.
Nie mieli jednak organizacji, która pozwoliłaby wyklarować ich poglądy i poprowadzić ruch w konkretnym kierunku – rewolucji pracowniczej.
Po 70 latach ta lekcja pozostaje aktualna: brak rewolucyjnej organizacji może sprawić, że oddolny ruch zostanie wciągnięty w orbitę istniejącej władzy, a następnie zostanie mu ucięta głowa.
Category: Gazeta - październik 2026, Gazeta - październik 2026 - cd.








