Przemeblowywanie imperializmu. Maski spadają, nadzieja w oporze

Globalny imperializm na naszych oczach mebluje się na nowo, szczególnie jego zachodnia część. I nie chodzi tylko o głupowate przemowy Trumpa, łączące komediowy narcyzm zepsutego miliardera z otwartym rasizmem, pochwałą polityki opartej na przemocy, czy demonstracyjnym lekceważeniem wszelkich pozorów mających go obowiązywać reguł. Chodzi głównie o relacje między USA a ich zachodnimi sojusznikami.
To nie jest tak – jak słyszymy wśród dziennikarzy i polityków tęskniących za „starymi, dobrymi czasami” jedności świata zachodniego — że lekceważenie „międzynarodowego porządku opartego na regułach” rozpoczęło się wraz z Trumpem. Na styczniowym szczycie w Davos w szczerych słowach ujął to premier Kanady Mark Carney, mówiąc:
„Wiedzieliśmy, że historia o porządku opartym na regułach była częściowo fałszywa… Wiedzieliśmy, że prawo międzynarodowe stosuje się z różną surowością w zależności od tożsamości oskarżonego i ofiary. Ta fikcja była użyteczna ze względu na korzyści zapewniane przez amerykańską hegemonię] (…). Umieściliśmy więc znak w oknie. Uczestniczyliśmy w rytuałach. I w dużej mierze unikaliśmy wskazywania rozbieżności między retoryką a rzeczywistością. Ten układ już nie działa. Powiem wprost. Jesteśmy w trakcie zerwania, a nie transformacji (…). Nie można żyć w kłamstwie o wzajemnych korzyściach płynących z integracji, gdy integracja staje się źródłem podporządkowania”.
„Reguły” zawsze były tylko dla niektórych
Przypomnijmy, że bombardowania Jugosławii przez NATO w 1999 r., włącznie ze zbombardowaniem chińskiej ambasady, miały miejsce bez mandatu ONZ, będąc oczywistym złamaniem prawa międzynarodowego. Atak na Irak w 2003 r. prowadzony przez „koalicję chętnych” (z polskim udziałem) także nie miał żadnej prawnej podstawy.
Najnowszym przykładem rażącego lekceważenia „porządku opartego na regułach” jest izraelskie ludobójstwo w Strefie Gazy z demonstracyjnym łamaniem wszelkich praw przez sprawcę ludobójstwa i jego wspieraniem przez mocarstwa zachodnie po obu stronach Atlantyku.
Prawdziwa zmiana nie ma miejsca od przestrzegania do nieprzestrzegania reguł, ale dotyczy pozycji w tym układzie sojuszniczych wobec USA mocarstw zachodnich z Europy, czy państw w stylu Kanady. Poprzednio były one współsprawcami łamania rzekomo uniwersalnego prawa, będąc wśród tych, którzy ustalają faktyczne, a nie deklarowane, reguły stosowania siły. Teraz sami stają się potencjalnymi ofiarami amerykańskiej hegemonii, którą przez dekady podbudowywali w roli lojalnych wasali z niej korzystających. Byli wśród tych, którzy pomagali w krojeniu tortu, a teraz sami mogą wylądować na stole. I ewidentnie nie wiedzą, jak sobie z tą sytuacją poradzić.
„Appeasement” wobec Trumpa
W Davos padały także inne słowa, które były nie do pomyślenia jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Belgijski premier Bart de Wever użył pojęcia „appease” (obłaskawiania) w kontekście jego krytyki postawy „Europy” wobec Trumpa. Cytując dosłownie jego słowa:
„Do tej pory staraliśmy się obłaskawiać nowego prezydenta w Białym Domu. Byliśmy bardzo pobłażliwi, również w kwestii ceł. Byliśmy pobłażliwi, licząc na jego poparcie dla wojny w Ukrainie. Jesteśmy teraz w bardzo złej sytuacji. Byliśmy zależni od Stanów Zjednoczonych, więc wybraliśmy pobłażliwość. Jednak teraz tyle czerwonych linii jest przekraczanych, że trzeba wybierać między poczuciem własnej wartości… Bycie szczęśliwym wasalem to jedno. Bycie żałosnym niewolnikiem to zupełnie co innego.”
Pojęcie „appeasementu” historycznie kojarzone jest z polityką zachodnioeuropejskich mocarstw wobec nazistowskich Niemiec w latach 30-tych XX wieku. W pewnym momencie w szczególności władze Brytanii i Francji, czołowych mocarstw kolonialnych tego czasu, starały się nasycić apetyt Hitlera kosztem innych, aby samemu nie stracić własnej uprzywilejowanej pozycji, co ostatecznie okazało się niemożliwe.
Jednak w ostatnich dekadach pojęcie to regularnie było w użyciu jako zarzut wobec tych, którzy sprzeciwiali się amerykańsko-europejskim wojnom przeciw takim „nowym Hitlerom”, jak serbski prezydent Slobodan Miloševič, rządzący Irakiem Saddam Hussejn czy dawny przywódca afgańskich talibów mułła Omar. Obecnie służy głównie jako zarzut rzeczników „wojny do zwycięstwa” z Rosją – podnoszony przez rozmaitych „jastrzębi zza biurka” w stylu polskich rządzących – przeciw tym, którzy nie są ich zdaniem dostatecznie wojowniczy.
Zarzut, że przeciwnicy tych wojen i zachodniego w nie zaangażowania uprawiają „appeasement” był więc częścią ideologii mającej te wojny legitymizować. Świat zachodni, jako „ci dobrzy”, mieli nie mieć wyjścia i atakować zbrojnie „tych złych”, których prezentowano jako nową wersję Hitlerów. Jeśli brać te porównania na poważnie w kontekście relacji potęgi gospodarczej i militarnej państw w globalnym kapitalizmie, czyli porównując wyżej wymieniowe przypadki z tymi relacjami i miejscem Niemiec w 1938 r., było to i jest obrazą rozumu.
W odniesieniu do dzisiejszej geopolitycznej strategii zachodnioeuropejskich mocarstw – chcących zachować istniejący geopolityczny stan rzeczy z własną w nim pozycją i gotowych na ustępstwa, byle jak najwięcej z niego pozostawić – dużo bardziej zasadne jest użycie tego pojęcia wobec Trumpa. Co bynajmniej nie zmienia faktu, że takie słowa w ustach premiera Belgii są wyrazem głębokiej paniki wśród tradycyjnych zachodnioeuropejskich elit. Oczywiście szczere postawienie sprawy, że ta tracona przeszłość europejskich mocarstw to bycie „szczęśliwym wasalem” USA także byłoby nie do pomyślenia w tych kręgach jeszcze kilka miesięcy temu.
Potrzebujemy końca imperializmu, a nie jego przemeblowania
Ani de Wever, ani inni nie widzą jednak innego wyjścia z tej sytuacji niż własna turbomilitaryzacja, z wciąż istniejącą nadzieją na „ugłaskanie” władcy w Białym Domu i przetrwanie do czasu zmiany jego lokatora. Gdy Trump zadeklarował, że wystąpi o zwiększenie wydatków zbrojeniowych USA do półtora biliona dolarów w 2027 r., czyli zwiększenie ich o połowę w porównaniu z 2026 r., oczywiście żadnych słów krytyki ze strony kandydatów do gronach „szczęśliwych wasali” nie usłyszeliśmy. Nieustannie słyszymy za to licytację, kto wyda więcej na własne zbrojenia – oczywiście w nadziei na pokazanie się jako wierny sojusznik i utrzymanie „jedności świata zachodniego” przeciw Rosji i Chinom.
Niezależnie od narastającej frustracji tradycyjnych sojuszników Waszyngtonu, demonstracyjnie poniżan- ych przez Trumpa, do realnego zerwania przez nich tego nierównego sojuszu, na przykład poprzez żądanie wycofania dziesiątek tysięcy żołnierzy USA z Europy, jest jeszcze daleko.
Nie zmienia to faktu, że widoczne przemeblowywanie globalnego imperializmu, rozumianego jako system mocarstw kapitalistycznych konkurujących przy wykorzystaniu siły militarnej, brutalnie obnaża faktyczny obraz tego systemu.
Nadzieja w tym, że imperializm pozbawiony swojego aksamitnego pozoru, jawiący się po prostu jako kapitalistyczna gra interesów, wywoła większy opór wszystkich jego obecnych i potencjalnych ofiar.
Niezależnie od przemeblowywania układu między USA a jego mniejszymi i większymi wasalami militarne szaleństwo się rozkręca – zarówno w świecie zachodnim, jak i poza nim.
Jeśli nie zbudujemy w skali globalnej ruchu przeciw imperializmowi – zawsze poczynając od własnego kraju i jego militarnych bloków – militarne szaleństwo pochłonie nie tylko wydatki na usługi społeczne czy podwyżki wynagrodzeń, ale może pochłonąć cały świat.
Filip Ilkowski
Category: Gazeta - luty 2026







