Globalny bunt

| 1 listopada 2019

Na całym świecie przybywa poważnych buntów. Zarzewiem wielu z nich są konkretne sprawy, ale protesty szybko przeradzają się w sprzeciw wobec systemu.

W Libanie wielkie protesty wybuchły w październiku w odpowiedzi na plan opodatkowania rozmów w aplikacji WhatsApp. Po kilku dniach protestujący zaczęli skandować hasło: „rewolucja, rewolucja”.

W Chile plan podniesienia cen przejazdów metrem spotkał się z wielkimi demonstracjami, podczas których podpalano stacje kolei podziemnej. Tłem tych protestów są dekady rosnących nierówności. Jak wyjaśnia jedna z protestujących, Constanza Gonzalez: „Ludzie są wściekli, a bunt dojrzewał od dłuższego czasu”.

W Hongkongu na fali protestów 9 czerwca powstał prodemokratyczny ruch.

Inne protesty wybuchały ostatnio w Katalonii, Ekwadorze, Haiti, Iraku i Egipcie. W każdym z tych miejsc można odnieść wrażenie, że granice ludzkiej wytrzymałości zostały przekroczone.

Wszystko to dzieje się po 10 latach od kryzysu ekonomicznego, na który rządzący odpowiedzieli polityką zaciskania pasa. Nastąpiły cięcia pensji, wydatków publicznych i emerytur. Zniknęły także miejsca pracy.

Często słyszymy, że system, w którym żyjemy, to najefektywniejszy i najsprawiedliwszy ze sposobów organizacji społeczeństwa. Jednak kryzys zachwiał wiarę w kapitalizm. Nawet jego obrońcy przyznają, że mechanizm się zaciął, a przedstawiana jako rozwiązanie polityka oszczędności nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań.

Nie powstrzymała ona ekonomicznego upadku, a jej jedynym efektem było wzbogacenie się najzamożniejszych kosztem pracujących. Coraz więcej ludzi zaczyna dostrzegać skandaliczny rozmiar przepaści między bogatymi a biednymi oraz tracić zaufanie do polityków, którzy składają obietnice bez pokrycia.

Wprawdzie w Wielkiej Brytanii do rewolty na podobną skalę jeszcze daleko, ale ostatnie masowe działania ruchu Extinction Rebellion oraz protesty przeciwko premierowi Borisowi Johnsonowi dają pewne wyobrażenie o poziomie społecznego niezadowolenia.

W niektórych miejscach zyskała na tym prawica. Jej politycy lubią udawać, że stoją w opozycji do „zgniłych” elit. Robią to także postacie takie, jak Donald Trump, będące częścią tych samych elit, które rzekomo atakują. Stwarzając złudzenie ludzi zatroskanych o dobro innych, mogą oni łatwo zdobywać zaufanie.

Powinniśmy oczywiście popierać bunty, i pójść dalej. Ruchy protestu spotykają się z represjami ze strony policji, sądów, a nawet wojska. Zbyt często reformistyczni liderzy prowadzą ruchy na tory, które uniemożliwiają wprowadzenie realnych zmian. To dlatego w starciu idei tak często zwyciężają skrajna prawica i faszyści.

Trwające obecnie na świecie bunty pokazują, że zwykli ludzie mogą się organizować i stawiać opór. Protestujący, którzy twierdzą, że problem tkwi w samym systemie, mają rację. Kapitalizm napędza wojny, nierówności, rasizm, korupcję i chaos klimatyczny. Aby się od tego uwolnić, potrzebujemy ruchów, które nie będą szły na kompromisy z prawicą, rewolucyjnych organizacji oraz oddolnej, socjalistycz- nej rewolucji.

Masowe protesty i strajki w obronie demokracji w Katalonii


18.10.19 Barcelona
18.10.19 Barcelona

Przez Katalonię przetoczyły się masowe strajki i wielkie demonstracje uliczne.

Impulsem do ich wybuchu były drakońskie wyroki nałożone przez hiszpański sąd najwyższy na liderów ruchu niepodległościowego. Na 13 lat więzienia skazano wiceprezydenta Katalonii Oriola Jonquerasa. Pozostałe osoby mają spędzić za kratami od 9 do 12 lat.

W piątek 18 października dużą część Katalonii sparaliżował strajk generalny. Na wezwanie odpowiedziała duża grupa katalońskich pracowników, mimo że pochodziło ono od mniejszych federacji związkowych. Tego samego dnia odbyły się masowe demonstracje w największych miastach.

W Barcelonie demonstrowało ponad 500 tys. osób. Do stolicy z innych katalońskich miast napłynęły tłumy pieszych demonstrantów, którzy przed dotarciem na miejsce zablokowali 20 dróg.

W protest włączyły się pokaźne zastępy zorganizowanych pracowników, w tym dokerów i strażaków z Barcelony – dwóch grup, które odegrały istotną rolę podczas referendum w sprawie niepodległości w 2017 r.

Na ulice liczącej 100 tys. mieszkańców Girony wyszło około 45 tys. osób.

Strajk generalny i uliczne demonstracje były zwieńczeniem tygodnia masowych protestów. Studenci strajkowali i okupowali budynki wielu uniwersytetów w całej Katalonii – w tym Uniwersytetu Barcelońskiego, Politechniki Katalońskiej oraz Uniwersytetu w Gironie.

Naśladując prodemokratycznych demonstrantów z Hongkongu, Katalończycy zajęli lotnisko El Prat w Barcelonie, co spowodowało odwołanie kilku tysięcy lotów.

Protesty spotkały się z brutalnymi atakami ze strony policji – nie tylko sił hiszpańskich, ale także regionalnych jednostek katalońskich. Podczas protestu na lotnisku policja strzelała gumowymi pociskami – w wyniku ostrzału młody mężczyzna stracił oko. Policja wpadła również w szał na ulicach Barcelony, gdzie zaatakowała także uczestników siedzącego protestu.

Skandalicznie zachował się minister spraw wewnętrznych rządu Katalonii Miquel Buch, który bronił działań policji.

Pablo Iglesias z [lewicowego, hiszpańskiego] ruchu Podemos wyraził solidarność z więźniami, ale podkreślił, że „wszyscy będą musieli okazać szacunek dla prawa, uznając wyrok”. Nic już dziś nie zostało ze „szturmowania niebios”, którym miało być powołanie do życia w 2014 roku partii Podemos.

Do wystąpień przeciwko demonstrantom próbowała mobilizować swoich sympatyków skrajnie prawicowa partia Vox. Doszło nawet do kilku ataków faszystowskich bojówkarzy – głównie w Barcelonie. Policja zrobiła niewiele, by ich powstrzymać. Zamiast tego skoncentrowała się na atakowaniu protestujących.

Katalończycy nie pozostali osamotnieni, ponieważ w ramach solidarności miały miejsce mobilizacje w innych regionach – zwłaszcza w Kraju Basków, ale także w Madrycie, Walencji, Grenadzie i Sewilli. Wiele z tych protestów spotkało się również z brutalnymi atakami policji.

10 listopada w Hiszpanii odbędą się czwarte w ciągu czterech lat wybory parlamentarne. Liderem sondaży jest socjaldemokratyczna partia PSOE, 5 punktów za nią znajduje się prawicowe ugrupowanie PP, a partia Vox może liczyć na około 10 procent głosów.

Ostatnie mobilizacje po długim okresie zastoju roznieciły entuzjazm wielu grup spoza tradycyjnego ruchu niepodległościowego. Ważne jest, aby lewica porzuciła nieudaną strategię budowy ponadklasowych sojuszy wyborczych z katalońską prawicą, np. z Miquelem Buchem. Zamiast tego musi powiązać walkę o niepodległość z ruchem na rzecz oddolnej zmiany społecznej.

Taka strategia pozwoliłaby na zaoferowanie zupełnie innej wizji niezależności Katalonii oraz wzmocniłaby atrakcyjność ruchu dla znacznej części hiszpańskojęzycznej klasy pracującej.

Andrew Nicoll z Katalonii


Ruch w Libanie domaga się dymisji rządu

20.10.19 An-Nabatijja
20.10.19 An-Nabatijja

Protestujący Libańczycy wzywają do „rewolucji”. Sprzeciwiają się korupcji i biedzie oraz domagają się dymisji rządu.

Od 17 października w całym Libanie na ulicę wyszło kilkaset tysięcy ludzi. Demonstranci powtarzają, że żądaniem minimum jest koniec rządów premiera Saada al-Haririego oraz budowa nowego porządku politycznego.

Protesty wybuchły, gdy rząd nałożył nowy podatek na rozmowy głosowe i tekstowe prowadzone za pomocą aplikacji WhatsApp. Wywołało to gniew mieszkańców kraju, w którym panuje wysokie bezrobocie wśród młodzieży, a polityka oszczędności spowodowała ogromne cięcia wydatków publicznych. Rząd bardzo szybko wycofał się z pomysłu.

Jednak do tego czasu ruch zdążył już sformułować kolejne żądania. Libańczycy oskarżają polityków władzy o to, że podczas gdy ci się bogacą, kosztami panującego w kraju kryzysu ekonomicznego obciążają zwykłych ludzi.

Jak powiedział kanałowi informacyjnemu Al Dżazira jeden z protestujących: „Nic dobrego nas nie czeka, nie ma dla nas pracy. Nie możemy tej sytuacji dłużej akceptować. Zbyt długo milczeliśmy. Dość tego”.

Inny uczestnik protestów powiedział: „Ten reżim musi zostać obalony od góry piramidy. Nie wystarczy że ten, czy inny człowiek odejdzie”.

Są to największe protesty w Libanie od 2005 roku. W całym kraju na ulice wyszli ludzie w różnym wieku i z różnych środowisk. Jest to o tyle istotne, że dotyczy kraju, w którym podziały polityczne przebiegają według linii religijnych.

Protestujący zablokowali ulice płonącymi oponami oraz otoczyli siedzibę prezydenta Michela Aouna. Późnym wieczorem w piątek 18 października policja zaatakowała demonstrantów, starając się odblokować ulice. Jedne grupy odpierały ataki, a inne niszczyły witryny sklepów w bogatych dzielnicach stolicy kraju – Bejrutu.

Protesty potępił Hezbollah – ruch polityczny, który ma swoje korzenie w oporze zubożałych wyznawców szyickiego odłamu islamu wobec imperializmu i rządów popieranych przez Zachód. Obecnie partia ta wchodzi w skład rządzącej koalicji „jedności narodowej”.

Sekretarz generalny Hezbollahu Hasan Nasrallah oznajmił protestującym, że ich żądania fundamentalnej zmiany społecznej są niemożliwe do zrealizowania, a wezwania do dymisji rządu uważa za „stratę czasu”.

Tymczasem wspierany przez Zachód Saad al-Hariri stwierdził, że sympatyzuje z protestującymi. Premier obwinił o kryzys gospodarczy Libanu tych przedstawicieli administracji centralnej, którzy – jak mówi – blokowali „reformy”, dzięki którym mogło dojść do pozyskania inwestycji zagranicznych o wartości 45 miliardów złotych.

W poniedziałek 21 października rząd przyjął pakiet reform. Zakładały one cięcia wynagrodzeń polityków, wyższy podatek od zysków bankowych, więcej środków na ubezpieczenia społeczne oraz nowe prawo antykorupcyjne. Jednak w planach było również ograniczenie wydatków rządowych i prywatyzacja sektora telekomunikacyjnego.

Wszystko wskazywało na to, że masowe demonstracje nie ustaną. Gdy al-Hariri ogłosił swoje reformy, protestujący w Bejrucie zaczęli skandować hasła wzywające do rewolucji i obalenia reżimu.

Jedna z protestujących – Maja Mhana – oświadczyła: „Pozostajemy na ulicach, ponieważ nie wierzymy ani jednemu słowu”.

[Red. – 29 października al-Hariri złożył dymisję.]


Zbuntowani mieszkańcy Chile nie przestraszyli się wojska

25.10.19 Santiago
25.10.19 Santiago

Fala protestów w Chile wybuchła po tym, jak prezydent Sebastian Pinera poinformował o podwyżce opłat za przejazdy metrem. Gniew ludzi spowodowany był kolejnym wzrostem i tak już wysokich kosztów utrzymania.

W odpowiedzi na tę decyzję 17 października w całym kraju tysiące studentów wzięło udział w akcji jazdy metrem bez biletu. Grupki uczniów i studentów przeskakiwały nad bramkami. Podpalono dziesiątki stacji kolei podziemnej.

Protestujący wznieśli barykady w siedmiu głównych miastach Chile, w tym w stolicy – Santiago. Podpalili autobusy, stacje benzynowe, supermarkety, a także siedzibę włoskiego koncernu energetycznego – firmy Enel.

Skala i gwałtowny przebieg protestów zmusiły Pinerę do wycofania się z podwyżki opłat. Zwołał on także spotkanie z urzędnikami państwowymi, aby rzekomo zastanowić się nad sposobami „zmniejszenia istniejących w społeczeństwie nadmiernych nierówności”.

Jednak zaledwie kilka godzin po spotkaniu powiedział, że demonstracje mają „poziom logistyki typowy dla organizacji przestępczych”, a następnie rozpoczął represje. Ogłosił stan wyjątkowy i skierował na ulice około 10,5 tys. funkcjonariuszy policji i żołnierzy wspieranych przez czołgi.

Była to pierwsza od czasów dyktatury Augusta Pinocheta w latach siedemdziesiątych XX w. obecność wojska na ulicach Chile.

Policja rozpylała gaz łzawiący i używała armatek wodnych, aby rozproszyć tłum. Protestujący byli bici i zatrzymywani. Do 28 października aresztowano około 7 tys. osób, a co najmniej 20 zostało zabitych. Jednak pomimo represji i udawanych ustępstw ze strony rządu demonstranci pozostali na ulicach – motywowani głodowymi płacami i wysokimi kosztami utrzymania.

Ludzie muszą się zadłużać, aby przeżyć. Niektórzy emeryci otrzymują emeryturę na poziomie zaledwie 240 złotych miesięcznie.

Tymczasem sam Pinera jest miliarderem, który sprywatyzował większą część chilijskich sektorów szkolnictwa i opieki zdrowotnej. Jednocześnie chwali się, że Chile jest „oazą” w Ameryce Południowej.

Jeden z protestujących – Enrique Araya – powiedział: „Politycy wydają się żyć w innym świecie niż my. Opłata za przejazd metrem była tylko kroplą, która przepełniła czarę goryczy”.

Jak zauważyła Gabriela Munoz: „Wystarczy tylko poskrobać po powierzchni, aby odkryć, że ludzie mają kompletnie dość wszystkich tych nadużyć. To wszystko dzieje się dlatego, że rząd nie chce słuchać”.

Gabby Thorpe


Hongkong: walka trwa

20.10.19
20.10.19

20 października w regionie Koulun na terenie Hongkongu na ulice wyszło kilkaset tysięcy ludzi.

Była to reakcja mieszkańców na rządowy zakaz noszenia na twarzach masek. Policja użyła przeciwko protestującym gazu łzawiącego i armatki wodnej. Ci odpowiedzieli koktajlami Mołotowa.

Policyjny pojazd z armatką wodną zanieczyścił niebieskim barwnikiem meczet. Policja twierdzi, że był to „przypadkowy” incydent. Zwykli ludzie pomagali oczyścić meczet.

Ruch sprzeciwu narodził się po uchwaleniu prawa, które miało zezwalać na ekstradycję podejrzanych do Chin kontynentalnych. Szefowa administracji Hongkongu Carrie Lam zapowiedziała, że prawo zostanie wycofane.

Jednak protestujący zdążyli wysunąć dalsze żądania. Jednym z nich jest rozszerzenie demokracji na terenie Hongkongu oraz przeprowadzenie niezależnego dochodzenia w sprawie działań policji.

Powyższe teksty tłumaczył Łukasz Wiewiór


Irak: „To nie jest protest. To rewolucja.”

05.10.19 Bagdad
05.10.19 Bagdad

Irackie siły bezpieczeństwa zabiły co najmniej 67 osób podczas protestów, które miały miejsce 25 i 26 października. Demonstranci usiłowali wedrzeć się do tzw. zielonej strefy w Bagdadzie – obszaru z licznymi umocnieniami, w którym znajdują się budynki rządowe i w którym obowiązuje zakaz wstępu dla zwykłych obywateli.

Protesty odbyły się również w miastach na południu Iraku. Zabito w nich co najmniej 30 demonstrujących.

Prezydent Iraku Adil Abdul Mahdi wysłał na ulice żołnierzy z brygad antyterrorystycznych w celu stłumienia protestów, które odbyły się w następstwie demonstracji. Rząd zwiększył również zasięg godziny policyjnej w Bagdadzie i sporej części południowego Iraku.

Od momentu wybuchu protestów na początku października zabito około 190 osób. Bunt wymusił na Abdulu Mahdim obietnicę umiarkowanych reform – które nie usatysfakcjonują młodych, w przewarzającej mierze, demonstrujących.

W Iraku obowiązuje system rządów oparty na podziałach sekciarsko-wyznaniowych, narzucony przez Stany Zjednoczone po inwazji w 2003 i obaleniu Saddama Husajna. Rząd jest kontrolowany przez polityków wspieranych albo przez USA, albo przez Iran, którzy rywalizują o wpływy w Iraku i jego ogromnie dochodowym przemyśle naftowym.

Tymczasem około 7 milionów Irakijczyków żyje poniżej granicy ubóstwa, a bezrobocie wśród młodzieży sięga 25%. Jeden z protestujących powiedział: „Rząd okrada nas od 15 lat. Nie ma już Saddama, ale tysiąc Saddamów ukrywa się w zielonej strefie”. Inny uczestnik protestów dodał: „To nie jest protest. To rewolucja.”

Tekst o Iraku tłumaczyła Agnieszka Kaleta

Tags:

Category: Gazeta - listopad 2019

Comments are closed.

WEEKEND ANTYKAPITALIZMU 2019

Plakat – Weekend Antykapitalizmu 2019
Weekend Antykapitalizmu 2019 – 31 maja–2 czerwca Warszawa
Wydarzenie na Facebooku – "Weź udział" i zaproś znajomych!

Dość rasizmu i faszyzmu! 16.03.2019

Plakat - demonstracja antyrasistowska 16 marca 2019
Demonstracja antyrasistowska w związku z Międzynarodowym Dniu Walki z Rasizmem – sob. 16 marca 2019, godz. 12.00, Pomnik Kopernika, Warszawa.
Wydarzenie na Facebooku gdzie znajdziesz info nt. demonstracji również w innych miastach

CZARNY PIĄTEK – Przeciw barbarzyńskiej ustawie

Czarny Piątek 23.03.2018
Wielki protest przeciw ustawie antyaborcyjnej
Wydarzenie na Facebooku

DZIEŃ SPOTKAŃ Z OKAZJI 100. ROCZNICY REWOLUCJI PAŹDZIERNIKOWEJ

 Wiec w Zakładach Putiłowskich w 1917 r.

Pracownicza Demokracja zaprasza na spotkania – – sobota, 4 listopada 2017 w Warszawie g. 15.00-19.00

Wydarzenie na Facebooku