Protesty „żółtych kamizelek” nie słabną

| 1 lutego 2019
02.02.19 Marsylia. „Żółte kamizelki” protestują przeciwko policyjnej przemocy.

Po dziesięciu tygodniach protestów, blokad i starć z francuską policją nic nie wskazuje na to, aby ruch „żółtych kamizelek” miał osłabnąć. Charlie Kimber przygląda się walkom i zastanawia się, jak ruch może wygrać. [Artykuł został opublikowany 20 stycznia 2019 r.]

Francuski ruch „żółtych kamizelek” pokazał, że głębokie pokłady rozczarowania klasowego mogą nagle wydobyć społeczeństwo ze stanu uśpienia i wywołać poważny bunt. Minęło już dziesięć tygodni, odkąd rzuciło ono inspirujące wyzwanie rządom prezydenta Emmanuela Macrona i jego popleczników ze świata wielkiego kapitału.

Macron objął urząd w 2017 r., obiecując twardy kurs wobec strajkujących i protestujących. Zapewniał, że zmusi francuskich pracowników i emerytów do zaakceptowania brutalnej rzeczywistości kapitalistycznego świata. Jednak dzięki swojej żywotności i energii ruch „żółtych kamizelek” wymusił na prezydencie upokarzające ustępstwa.

Bunt wybuchł 17 listopada zeszłego roku, gdy 280 tys. ludzi zablokowało drogi w proteście przeciwko podwyżkom cen paliw. Było to polityczne trzęsienie ziemi, które zadało kłam przekonaniu o tym, że ludzie nie potrafią walczyć, albo że niezadowolenie społeczne musi zostać zagospodarowane przez prawicę. Podczas zamieszek plądrowano najbardziej ekskluzywne paryskie sklepy, a w centrach wielu miast całej Francji wybuchały pożary.

Jeanne d’Hauteserre, burmistrz 8. dzielnicy Paryża, w pobliżu której znajduje się Łuk Triumfalny, stwierdziła, że „mamy do czynienia z powstaniem” i że niczego podobnego w swoim życiu nie widziała.

Ruch wymusił włączenie do debaty publicznej zagadnień ubóstwa, niskich płac i nierówności. Przede wszystkim jednak skupił uwagę na oburzeniu, jakie wywołuje arogancja i pogarda najbogatszych oraz polityków wobec zwykłych ludzi. Ten narastający od dekad gniew znalazł wreszcie swoje ujście ku wielkiemu przerażeniu elit.

Po tym jak 10 grudnia Macron ogłosił swoje ustępstwa, głos zabrał szef organizacji przedsiębiorców MEDEF, który powiedział, że „piętnaście miliardów euro to duża kwota, ale jeżeli pozwoli ona przywrócić spokój społeczny, to jest tego warta”. Zacytował także, w swoim mniemaniu, Lenina, mówiąc: „musimy zawsze pozostawać o krok przed masami”.

Ustępstwa

Jednak to masy znalazły się na prowadzeniu. Ustępstwa wywołały u wielu osób przekonanie, że zgniły rząd Macrona może zostać zmuszony do dalszych ustępstw lub obalony przez zrewoltowaną część społeczeństwa.

Problemy, na które ludzie często narzekali, a których rozwiązanie wydawało się pozostawać poza ich zasięgiem, stały się przedmiotem zbiorowego działania. Jak przyznał Jean, robotnik budowlany: „Wcześniej całe wieczory spędzałem, krzycząc do telewizora. Teraz wiem, że wspólnie możemy zmieniać rzeczywistość”.

Gdy media obiegła informacja o tym, że magazyn koncernu Amazon w miejscowości Saran w departamencie Loiret niszczy niesprzedane produkty, aby uniknąć płacenia podatków, obiekt został zablokowany przez „żółte kamizelki”. Udało się praktycznie całkowicie zablokować wjazd i wyjazd z terenu zakładu. Szefowie Amazona zostali zmuszeni do przyznania, że w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy zniszczyli 293 tys. produktów, oraz do zobowiązania się, że będą szukali sposobu na zmianę tego stanu rzeczy.

Największa mobilizacja i najbardziej konfrontacyjna atmosfera wśród członków ruchu panuje w soboty. Jednak prawdziwą bazą są blokady dróg, punktów poboru opłat oraz skrzyżowań, a także lokalne wydarzenia oraz zgromadzenia, w których uczestniczą setki osób i które stanowią okazję do omówienia żądań.

Bunt zjednoczył pracowników, bezrobotnych, właścicieli małych firm, emerytów i studentów. Stał się impulsem do poszukiwania nowych pomysłów, budowania więzi społecznych i propagowania przekonania, że problemy społeczne nie są wynikiem indywidualnych porażek, ale mają ścisły związek z uwarunkowaniami społecznymi.

Ruch „żółtych kamizelek” był od początku niesłusznie oskarżany o to, że kieruje nim skrajna prawica, i chociaż skrajnie prawicowe elementy są w nim faktycznie widoczne, to jednak ogólny kierunek jest lewicowy.

Z przeprowadzonej przez gazetę „Le Monde” dużej ankiety wynika, że mniej niż 1,5% ankietowanych uważa imigrację za istotny problem. Z kolei ankieta przeprowadzona przez telewizję France 2 pokazała, że 33% uczestników nie utożsamia się ani z lewicą, ani z prawicą. Około 15% wskazało przynależność do skrajnej lewicy, natomiast 5,4% – do skrajnej prawicy.

Mamy wręcz do czynienia ze świadomym procesem wypychania faszystów. 5 stycznia w Bordeaux przedstawiciele skrajnej prawicy zostali fizycznie usunięci z demonstracji „żółtych kamizelek”. Udało się wykluczyć znanych działaczy nazistowskiej organizacji Action Francaise oraz najbardziej radykalnych młodych członków skrajnej prawicy. W Paryżu skrajnie prawicowe ugrupowanie studenckie Groupe Union Defense zostało wyproszone po tym, jak jego członkowie zaczęli skandować rasistowskie, seksistowskie i homofobiczne hasła.

Jak podkreśla Celine, która działa w ruchu „żółtych kamizelek” w Tuluzie: „W wielu ważnych momentach udało nam się przekonać innych do tego, że walki o sprawiedliwość, wyższe płace i wyższe emerytury nie można prowadzić ramię w ramię z faszolami”.

W wielu przypadkach ludzie przekonywali się o tym sami w toku walk. Gdy przed świętami z powodu represji państwa członkowie ruchu w mieście Caen nie mieli się gdzie spotykać, jedynym miejscem, w którym było to możliwe, był zajęty przez imigrantów skłot, czyli opuszczony budynek zamieszkiwany bez zgody właściciela.

Pomimo obaw niektórych uczestników zebranie 400 „żółtych kamizelek” ostatecznie odbyło się w magazynie zamieszkiwanym przez 200 „nielegalnych” imigrantów. Dla skrajnej prawicy było to nie do przyjęcia, ale większość przekonała się, że migranci są ich sojusznikami.

Wśród dużej części protestujących pojawiła się także wyraźna niechęć do policji. Siły państwowe składają się z oddziałów zwykłej policji, jednostek prewencji, ale także zamaskowanych funkcjonariuszy, których można rozpoznać po noszonych na ręce opaskach.

Ogromne siły zaangażowano w pacyfikację pokojowych protestów. W każdy weekend przeciwko „żółtym kamizelkom” państwo mobilizuje 80 tys. najemnych zbirów wspieranych przez pojazdy opancerzone i wszelkie dostępne współcześnie technologie represji.

Granaty

Jak to mają w swoim zwyczaju, służby wykorzystują gaz łzawiący oraz granaty hukowe i błyskowe w formie pocisków wystrzeliwanych ze specjalnych strzelb.

W Marsylii od strzału granatem gazowym prosto w twarz zginęła osiemdziesięcioletnia Zineb Redouane. Ponad 2000 osób zostało poważnie zranionych przez policję. Według informacji pochodzących ze strony Desarmons-les! (Rozbroić ich!) czterem osobom granaty urwały dłonie, a 17 osób zostało oślepionych. Dziesiątki innych osób odniosło rany stóp i twarzy oraz doznało złamań szczęki. Około 5000 osób aresztowano.

W połowie stycznia dwudziestoośmioletni Hedi Martin został skazany na sześć miesięcy więzienia za opublikowanie w serwisie Facebook tekstu wzywającego „żółte kamizelki” do zablokowania rafinerii ropy naftowej w miejscowości Port-la-Nouvelle.

Macron miał nadzieję, że uda mu się w ten sposób zastraszyć ludzi i pozbyć się ich z ulic. Nic takiego się nie stało. Ludziom udało się nie tylko obronić, ale także zdobyć wiele cennych lekcji. Aline, zatrudniona w fabryce w Marsylii, przyznała: „Do tej pory sądziłam, że w trudnych sytuacjach policja stara się postępować najlepiej, jak to możliwe. Nie odczuwałam solidarności ze studentami ani ekologami, gdy ich atakowano.

Działam w ruchu od ośmiu tygodni. Dziś wiem, że policja służy najbogatszym i możnym tego świata. W swojej przemianie emocjonalnej przeszłam od uczucia złości, przez strach, aż po uczucie siły, gdy jesteśmy razem. Gdy zobaczyłam, jak Christophe Dettinger [były pięściarz] walczy z policją, dopingowałam go. Chciałam, aby ich wszystkich znokautował. Sama nie mogę uwierzyć, że to mówię! Teraz gdy młodzi na osiedlach zmagają się z policją, życzę im powodzenia”.

Kobiety odgrywają kluczową rolę i licznie uczestniczą w protestach. W niektórych miejscach organizowana jest opieka nad dziećmi, tak aby umożliwić udział matkom – szczególnie samotnym. Laeticia, członkini „żółtych kamizelek”, a jednocześnie samotna matka z regionu Haute Garonne, pisze, że ruch dał jej możliwości wyrażenia stłumionego gniewu na warunki, w których przyszło jej żyć. Jak sama mówi: „Ta cienka warstwa żółtego materiału jest cieplejsza zimą niż najgrubsza kołdra”.

Prowadzone są również eksperymenty z demokratycznym zarządzaniem ruchem. W dziesiątkach miast i miasteczek odbywają się regularne spotkania, których celem jest koordynowanie protestów i podejmowanie decyzji w sprawie stawiania kolejnych żądań.

Od miesiąca na przedmieściach Rennes odbywa się trwające niemal nieprzerwanie zgromadzenie grupy o nazwie „żółte króliki” („szybko biegające »żółte kamizelki«”). Uczestnicy debatują na temat podatków, nierówności, przemocy ze strony policji, wydarzeń z 1968 r. oraz wielu innych spraw.

Niemniej ruch nie jest wolny od wielu poważnych słabości. Nie jest jeszcze na tyle duży, aby mógł pokonać Macrona. Wprawdzie atmosfera jest dużo bardziej bojowa, ale mobilizacja jest mniejsza niż ta, która towarzyszyła protestom związkowym z zeszłego roku. Aby stać się bardziej efektywnym, ruch musi znaleźć odbicie w miejscach pracy w postaci strajków i okupacji. Tylko w ten sposób może wygrać.

Liderzy związkowi i partie

Jedną z najbardziej uderzających cech ruchu „żółtych kamizelek” jest jego wrogość w stosunku do istniejących partii politycznych oraz zachowania związków zawodowych. Nic w tym dziwnego. Wielu liderów związkowych czyniło obraźliwe uwagi na jego temat.

Laurent Berger, szef drugiej największej federacji związkowej – CFDT – powiedział, że ruch ma charakter „totalitarny”. Największa federacja związkowa – CGT – została zmuszona do wyrażenia poparcia dla żądań „żółtych kamizelek”. Jednak liderzy federacji mówili wcześniej, że nie będą maszerować u boku skrajnej prawicy i w związku z tym nie dołączą bezpośrednio do ruchu. Zamiast tego wystosowują przeważnie nieskuteczne wezwania do działania, stosując strategię, która okazała się nieskuteczna na przestrzeni ostatnich dekad.

Dystans, jaki dzieli związki i ruch niepokoi niektórych prawicowców. W konserwatywnym dzienniku „Le Figaro” napisano w grudniu: „Przez sto lat związek CGT kanalizował społeczne niezadowolenie. Kryzys towarzyszący powstaniu „żółtych kamizelek” pokazał, jak cenne były te doświadczenia i jakie problemy stwarza ogólny kryzys związków zawodowych”. Niektórzy przedstawiciele biznesu oczekują, że liderzy związkowi będą bardziej skuteczni w tłumieniu oporu.

Powiązania

W szeregach związkowców rośnie niezadowolenie z powodu braku działań na górze. Istnieje wiele powiązań między działaczami a ruchem „żółtych kamizelek”. Powiązania te muszą jeszcze zostać wzmocnione.

Federacja CGT wezwała do organizacji strajku generalnego na 5 lutego. Żądania – w tym reforma systemu podatkowego, podniesienie pensji minimalnej, wzrost wynagrodzeń, obrona prawa do protestów i zakończenie rządowego rozdawnictwa na rzecz prywatnych przedsiębiorstw – są podobne do tych, które stawiają „żółte kamizelki”. Jednak w oficjalnym wezwaniu federacji związkowej nawet słowem o tym nie wspomniano.

Strajk powszechny może być kolejnym poważnym ciosem dla Macrona. Nie może jednak być jedynie próbą odzyskania twarzy przez liderów związkowych. Jak mówi Bernard, przedstawiciel federacji CGT z Lille: „Naciskaliśmy na działanie, więc potrzebujemy silnego odzewu. Tymczasem do 5 lutego pozostało dużo czasu. Szkoda, że strajk nie może odbyć się wcześniej. Nie może też być tak, że będzie to jednorazowy zryw, po którym wszystko wróci do normy. We Francji wrze. Potrzebujemy bardziej zdecydowanych środków. Pracownicy na dole muszą walczyć o przejęcie kontroli i budować własne powiązania z ruchem „żółtych kamizelek”. Być może w kilku miejscach uda się kontynuować strajk po 5 lutego, a wówczas idea ta będzie mogła się rozprzestrzenić. Musimy się zastanowić, jak wyjść poza sferę deklaracji i faktycznie zjednoczyć pracowników ze związków i nowego ruchu”.

Z całej sytuacji płyną także ważne wnioski o charakterze ogólnym. Protesty takie, jak „żółtych kamizelek”, będą wybuchać gdzie indziej. Ponieważ w większości krajów partie socjaldemokratyczne i związki zawodowe straciły na znaczeniu, siły te raczej nie odegrają kierowniczej roli w razie buntu. Spontaniczne zrywy przeciwko istniejącemu porządkowi mogą być wyjątkowo burzliwe i pełne sprzeczności. Jednak rewolucjoniści muszą się w nie angażować i starać się im nadać lewicowy kierunek. Bunt, który wymyka się spod kontroli związków zawodowych i tradycyjnych partii, może przesunąć się albo w lewo, albo w prawo.

Budowanie ruchu

Nic z tego, co zostało powiedziane, nie powinno powstrzymywać socjalistów od angażowania się w budowanie oraz przewodzenie walkom związków zawodowych, które nadal mają ważną rolę do odegrania.

Jednak powstanie ruchu „żółtych kamizelek” pokazuje, że działalność związkowa nie może polegać na wysłuchiwaniu wyjaśnień kierownictwa, które tłumaczy, dlaczego sprzeciw nie jest możliwy, a reguły narzucone przez liberałów muszą być przestrzegane.

Gdy mówimy, że najważniejsze jest, aby protesty „żółtych kamizelek” otrzymały wsparcie ze strony zorganizowanych pracowników w postaci strajków, nie oznacza to wcale, że zamierzamy postulować wykonywanie poleceń związkowych przywódców. Oznacza to coś zupełnie przeciwnego – jednoczenie pracowników przy jednoczesnym ograniczeniu zaufania do związkowego kierownictwa.

Podobnie, nacisk na kanalizowanie buntu przez działania parlamentarne stanowi zaprzeczenie tego, co inspirujące w ruchu „żółtych kamizelek”.

Jeśli niepokoje społeczne dotrą do nas, będą miały bardzo złożony charakter. Powinniśmy w pełni poprzeć ruch „żółtych kamizelek” i być gotowi na pojawienie się masowego sprzeciwu.

Artykuł ukazał się w brytyjskim tygodniku „Socialist Worker”.

Tags:

Category: Gazeta - luty 2019

Comments are closed.