COP24 w Katowicach – Czujesz klimat? Walcz z systemem!

| 1 grudnia 2018

Skutki zmian klimatu

W tym miesiącu, w Katowicach, odbywa się 24. Konferencja Stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w Sprawie Zmian Klimatu (UNFCCC), nazywana nieformalnie COP24.

Jak można przeczytać na stronie wydarzenia, „niemalże wszystkie państwa są dzisiaj członkami [konwencji], a ostatecznym celem UNFCCC jest zapobieganie »niebezpiecznej« ingerencji człowieka w klimat”. Odbywający się co roku szczyt klimatyczny rozbudza wielkie oczekiwania. W 2015 r. w Paryżu (COP21) doszło nawet do podpisania tzw. porozumienia paryskiego w sprawie redukcji emisji gazów cieplarnianych.

Zobowiązano się tam do utrzymania wzrostu średniej temperatury na świecie znacznie niższego niż 2°C powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej. Niestety zaproponowane rozwiązania nie wprowadziły wiążących zobowiązań ani mechanizmów ich egzekwowania. Ostatecznie z porozumienia wycofały się USA, formalnie drugi największy po Chinach truciciel – jednak pierwszy w przeliczeniu na mieszkańca.

Obecnie spośród 197 państw sygnatariuszy tylko 16 uchwaliło przepisy krajowe zgodne z założeniami porozumienia. Z grupy 20 najbogatszych państw są to tylko Indonezja, Japonia i Kanada. Nic nie wskazuje na to, aby katowicki szczyt miał być tu przełomem.

Co nam grozi?

Jeżeli nie uda nam się powstrzymać zmian klimatu, w ciągu najwyżej kilku dekad większa część planety stanie się niezdatna do życia. Grożą nam susze oraz niedobory wody pitnej i żywności. Wzrośnie poziom mórz, co spowoduje zalanie dużej części niżej położonych obszarów, w tym wielu wysp, miast, a nawet całych krajów. Należy także spodziewać się nasilenia gwałtownych zjawisk pogodowych. Tak poważne zmiany środowiska przyrodniczego z pewnością zmuszą ludzi do przemieszczania się na niespotykaną dotąd skalę.

Co musi się stać, aby wydarzył się najgorszy scenariusz?

Czarny scenariusz ziszcza się właściwie na naszych oczach. Do końca stulecia grozi nam wzrost średnich temperatur nawet o 4°C. Nie oznacza to, że ziemia stanie się po prostu „nieco cieplejsza”. Spowoduje to wystąpienie sprzężeń zwrotnych, czyli sytuacji, w której poszczególne negatywne zjawiska klimatyczne wzajemnie się wzmacniają w sposób niemożliwy do zatrzymania.

Właściwie wzrost średniej temperatury już powyżej 2°C względem czasów przedprzemysłowych grozi osiągnięciem punktu krytycznego, po przekroczeniu którego wystąpi efekt domina. Tymczasem już teraz przekroczyliśmy próg 1 stopnia. Według różnych szacunków mamy od 12 do 18 lat na zatrzymanie ocieplenia na poziomie do 2°C.

Kto ponosi za to winę?

Szukając źródeł problemu, bardzo łatwo jest obarczyć winą rzekomą naturę człowieka, który wydaje się być zachłanny i niezdolny do dostrzeżenia skutków swoich działań. Jest to wytłumaczenie nie tylko fałszywe, ale także fatalistyczne. Gdyby przyjąć, że taka jest natura człowieka, pozostaje nam tylko pogodzić się z losem.

Faktycznie ludzka natura umożliwia człowiekowi przekształcanie przyrody. Tej zdolności zawdzięcza on swoją elastyczność – dzięki niej może dostosowywać się do różnych warunków życia. Jednocześnie jednak człowiek, ucząc się wykorzystywać przyrodę, doskonaląc swoje narzędzia, podnosząc wydajność swojej pracy, zmienia zarówno siebie, jak i relacje z innymi członkami społeczności, w której żyje, a także z samą przyrodą.

Przez 95% procent czasu nasz gatunek żył w niemal pełnej harmonii z przyrodą w ramach społeczeństw zbieracko-łowieckich. Pobierał z niej tylko tyle, ile potrzebował do przetrwania, aby następnie pozwolić jej się odbudować. Dopiero gdy ludzie zaczęli prowadzić osiadły tryb życia i gdy narodziło się rolnictwo, otworzyła się droga do produkcji nadwyżek, czego kulminacją jest kapitalizm.

Jednak nawet we wcześniejszych epokach granice produkcji wyznaczały bezpośrednio potrzeby ludzi – z jednej strony tych pracujących, a z drugiej tych wyzyskujących pracę. Jak ujął to Marks: „ściany żołądka pana feudalnego wyznaczają granice wyzysku chłopów pańszczyźnianych”. To dopiero kapitalizm otworzył drzwi do produkcji dla akumulacji – produkcji dla samej produkcji.

Na czym polega kapitalizm?

Kapitalizm jest specyficzną formą społeczeństwa klasowego. Tak jak w innych jego formach (np. feudalizmie czy niewolnictwie), najważniejsze środki produkcji, a więc w tym przypadku m. in. fabryki wraz z maszynami i narzędziami, znajdują się w rękach klasy panującej.

Jednak w kapitalizmie dystrybucja wyprodukowanych dóbr odbywa się na „wolnym” rynku, a sama produkcja prowadzona jest dla zysku, a nie dla zaspokojenia potrzeb. Kto nie wierzy, temu warto przypomnieć, że wielki kryzys unieruchomił całe fabryki, mimo że na rynku brakowało towarów. Innym przykładem może być proceder niszczenia „nadwyżek” żywności w sytuacji, w której wiele milionów ludzi nadal głoduje.

Wewnątrz klasy posiadaczy środków produkcji toczy się rywalizacja o to, kto sprzeda swoje towary. Dlatego każdemu kapitaliście zależy na tym, aby produkować i sprzedawać jak najtaniej. Rozwiązaniem jest wprowadzenie maszyn i narzędzi, dzięki którym rośnie wydajność pracy, co powoduje potanienie towarów.

Środki na inwestycje w nowe rozwiązania techniczne pochodzą z zysku, a więc tej części wytworzonej przez pracowników wartości, którą zatrzymuje dla siebie właściciel kapitału. Widzimy, że rywalizacja zmusza poszczególnych kapitalistów do nieustającej akumulacji kapitału. Od tej logiki nie ma ucieczki, bowiem ten, kto nie akumuluje, wypada z gry.

Pęd ku akumulacji w połączeniu ze wzrostem zdolności produkcyjnych, osiągniętym dzięki stosowaniu coraz bardziej wydajnych maszyn, to gotowa recepta na niepohamowany przyrost masy wszelkiego rodzaju towarów. Dlatego też konieczne jest sztuczne rozbudzanie nowych pragnień i wymyślanie nowych towarów, które można wytworzyć i sprzedać.

To dlatego we współczesnym kapitalizmie tak ważną rolę odgrywają marketing i – szerzej – konsumpcyjny styl życia. Z punktu widzenia celów pomnażania kapitału to jednak wciąż za mało. Aby skrócić cykl życia towarów, producenci stosują planowane postarzanie, tak abyśmy po krótkim czasie musieli zastąpić stary produkt nowym. Opisanym zjawiskom towarzyszy gigantyczna nadprodukcja najróżniejszych dóbr – od tych najpotrzebniejszych, aż po zupełnie zbędne.

Powietrzem, którym oddycha kapitalizm, jest wzrost. Tylko dzięki niemu możliwe jest utrzymanie akumulacji. Każde odwrócenie tego trendu powoduje kryzys. Tymczasem skutkiem ciągłego wzrostu są problemy, z którymi się dziś zmagamy, czyli rosnące emisje, dewastacja środowiska przyrodniczego i ogromne marnotrawstwo zasobów. W tym modelu gospodarczym przyroda traktowana jest wyłącznie jako połączenie rezerwuaru surowców i składowiska odpadów.

W toku rozwoju ustroju kapitalistycznego potrzeba pomnażania kapitału wymusiła poszukiwanie źródeł energii innych niż siła mięśni ludzkich. Wykorzystywano najpierw wodę, a później węgiel i ropę. Szeroka dostępność tych źródeł sprzyjała jednocześnie dalszemu umocnieniu się kapitalistycznych stosunków produkcji.

Tak właśnie narodził się toksyczny związek kapitalizmu z paliwami kopalnymi, których wykorzystanie jest główną przyczyną ocieplenia klimatu. Kryzys w takim związku nie tylko nie może mieć końca, ale wręcz będzie się nasilał – właśnie z powodu opisanej logiki akumulacji. Dodatkowym problemem jest fakt, że zasoby tych surowców kurczą się, a to powoduje poszukiwanie innych, często bardziej szkodliwych dla środowiska sposobów ich pozyskiwania, np. poprzez szczelinowanie czy wydobywanie ropy z piasków bitumicznych.

Kto zapłaci rachunek?

Elektrownia Bełchatów to największy truciciel Europy. Tymczasem PGE, właściciel elektrowni, został… rządowym partnerem przy szczycie klimatycznym COP24.

Jak wszystko inne w kapitalizmie przyczyny i skutki problemów ekologicznych rozkładają się nierównomiernie. Za zdecydowaną większość emisji odpowiadają panujący w krajach najbardziej rozwiniętych, natomiast konse- kwencje zmian klimatu odczują w pierwszej kolejności ubodzy mieszkańcy krajów najbiedniejszych, których udział w emisjach jest minimalny.

Poza tym to w najbiedniejszych krajach i regionach lokuje się najbardziej trujące i niebezpieczne zakłady. To tam znajduje się także najtańsza siła robocza i obowiązują najmniej restrykcyjne przepisy ochrony środowiska. Jednak także w bogatych krajach rachunek za zmiany wywołane przez najbogatszych przyjdzie zapłacić naj- biedniejszym.

Dobitnie pokazał to przykład huraganu Katrina, który spowodował zalanie Nowego Orleanu, w USA, w 2005 roku. Najbardziej poszkodowani zostali mieszkańcy najbiedniejszych dzielnic, którzy nie mieli środków, aby się na czas ewakuować.

Gdzie szukać rozwiązania problemu?

W świetle tego, co zostało powiedziane, oczywiste jest, że rozwiązaniem nie mogą być indywidualne wybory konsumenckie. Próbuje się nas często przekonać, że droga do uratowania ludzkości przed zagładą wiedzie przez wybór takich, a nie innych produktów.

Niestety pomija się fakt, że to nie nabywcy decydują o tym, co jest produkowane i w jaki sposób produkty są dystrybuowane. Decyzje w tych sprawach zapadają w gabinetach szefów, a większość konsumentów jest w swoich wyborach ograniczona ceną i dostępnością produktów.

Poza tym wielu dóbr po prostu potrzebujemy, bo wymuszają to na nas warunki, w jakich żyjemy (na przykład: pogorszenie jakości transportu publicznego powoduje zwiększenie zapotrzebowania na prywatne samochody).

Trudno spodziewać się zdecydowanych działań ze strony rządów, których głównym zadaniem jest tworzenie warunków do niczym niezakłóconej akumulacji kapitału na swoim terytorium i dla krajowych firm w innych państwach.

Jak ujął to Marks: „władza państwowa jest jedynie komitetem zarządzającym wspólnymi interesami całej klasy posiadającej”. Tymczasem podjęcie działań na rzecz klimatu na skalę adekwatną do dzisiejszych potrzeb ugodziłoby dotkliwie w interesy tej klasy.

Niezdolność międzynarodowych elit do podjęcia jakichkolwiek sensownych działań obnażyła Naomi Klein w książce „To zmienia wszystko”, w której przypomina, że świat dowiedział się o problemie globalnego ocieplenia w 1988 r., gdy przed Kongresem USA zeznawał James Hansen.

W tym samym roku powołano w ONZ Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC). W 1992 r. odbył się Szczyt Ziemi w Rio, podczas którego podpisano dokument o nazwie Ramowa Konwencja NZ w sprawie zmian klimatu (dokument ten był podstawą wszystkich późniejszych negocjacji). Przez 30 lat nie udało się jednak wypracować żadnych rozwiązań, które dawałyby nadzieję na przełom.

Zmian nie dokonają z własnej inicjatywy korporacje energetyczne. W ich rękach pozostają aktywa węglowe o ogromnej wartości. Koncerny nie zrezygnują z wydobycia zamrożonych w nich zysków. Nie możemy się także łudzić, że klasa posiadająca dobrowolnie zrzeknie się swojego przywileju pomnażania kapitału.

Nie należy jednak rezygnować z walki w ramach istniejącego systemu. Pod wpływem oddolnej presji rządy mogą przecież zdecydować się na wysokie opodatkowanie trucicieli, wprowadzanie i egzekwowanie wysokich norm ekologicznych, nacjonalizację zakładów i branż czy budowanie alternatywnej infrastruktury energetycznej.

Bardzo ważne jest istnienie lokalnych ruchów ekologicznych, takich jak „Obóz dla Klimatu” czy obrońcy Puszczy Białowieskiej w Polsce lub ruch walczący o zatrzymanie wycinki lasu Hambach w Niemczech. Potrzebne jest jednak zaangażowanie masowe oraz wsparcie ze strony związków zawodowych, które do walki o prawa pracownicze mogą włączyć postulaty ekologiczne, takie jak tworzenie tzw. zielonych miejsc pracy.

Musimy jednak zdać sobie sprawę, że opisane działania są niewystarczające. Ostatecznym celem powinno być usunięcie rzeczywistej przyczyny problemów, tj. zjawisk wynikających z natury systemu kapitalistycznego, takich jak brak demokratycznej kontroli nad produkcją, pogoń za zyskiem, akumulacja kapitału, wymóg ciągłego wzrostu oraz uzależnienie od paliw kopalnych.

Słowem: jedynym ratunkiem w obliczu zagrożenia katastrofą klimatyczną jest obalenie kapitalizmu i zbudowanie społeczeństwa bezklasowego, w którym możliwa będzie pełna oddolna i demokratyczna kontrola nad produkcją oraz dystrybucją towarów z myślą o zaspokojeniu ludzkich potrzeb, a nie o zysku nielicznych.

Łukasz Wiewiór

Category: Gazeta - grudzień 2018

Comments are closed.