„Fort Trump” za miliardy – między farsą a tragedią

| 1 października 2018
18.09.2018 Majestat Rzeczypospolitej w Gabinecie Owalnym.

18.09.2018 Majestat Rzeczypospolitej w Gabinecie Owalnym.

To zdjęcie stało się już symbolem. Wszyscy już chyba widzieli Andrzeja Dudę, stojącego niczym uczniak obok rozsiadłego Donalda Trumpa, marsowego imperatora w Białym Domu. Gdyby istniało podobne zdjęcie z czasów sprzed 1989 r., Bieruta ze Stalinem czy Jaruzelskiego z Breżniewem, zapewne widniałoby dziś w każdym szkolnym podręczniku historii jako unaocznienie satelickiego charakteru PRL i pozycji jego ówczesnych władz.

Duda ma więc szansę zapisać się na trwałe w historii. Symbol władzy głoszącej „wstawanie z kolan” – by nie mieć gdzie usiąść.

Co ciekawe, propagan-dziści tej władzy najwyraźniej dostrzegli problem ze zdję-ciem. Jeden z pracowników telewizji „Biełsat” Iwan Szyla, nota bene białoruski opo-zycjonista prześladowany niegdyś przez władze Łukaszenki, został zwolniony z pracy za opublikowanie tej fotografii na prywatnym profilu na Facebooku.

Dyrektorka „Biełsatu” – telewizji niosącej na Białoruś przesłanie „wolności i demokracji” za polskie pieniądze – uznała, że Szyla pewnie „wykonywał zadanie” (wiadomo czyje), a jej zastępczyni zasugerowała, by wracał na Białoruś. Wszystko jasne. Jeśli ktoś publikuje zdjęcie, to pewnie ruski szpion.

Na rzeczonym zdjęciu Duda z Trumpem podpisywali dokument o pompatycznej nazwie: „Obrona wartości i budowanie dobrobytu poprzez polsko-amerykańskie partnerstwo strategiczne”. Dużo w tym tekście wodolejstwa o „ściślejszym partnerstwie” i „pogłębianiu współpracy”.

Zacieśnienie więzów

Kierunek jest jednak jasny. Zacieśnienie więzów dotyczyć ma relacji biznesowych i kwestii energetycznych. Nie przypadkiem wskazano na to, że w „zwiększeniu dywersyfikacji energetycznej” w Europie, „główną rolę powinna odgrywać inicjatywa prywatna”. Innymi słowy: amerykańskie koncerny chcą sprzedawać więcej ropy i gazu. Więzy mają się jednak najbardziej zacieśnić w kwestiach militarnych.

Poza zapowiedziami „zintensyfikowania wspólnych działań szkole- niowych i ćwiczeń” czy „ugruntowania współpracy jednostek wojskowych” kluczowe w kontekście wizyty było to zdanie:

„Uznając znaczenie wzmocnionej i dostosowanej wysuniętej obecności NATO na wschodniej flance oraz europejskiej inicjatywy odstraszania autorstwa Stanów Zjednoczonych, Polska i Stany Zjednoczone zobowiązują się do rozważenia wariantów wzmocnienia militarnej roli Stanów Zjednoczonych w Polsce.”

Rozważenia? To tylko po stronie amerykańskiej, bo władze polskie już dawno wszystko rozważyły. Duda, który najwyraźniej chciał przenieść pojęcie lizusostwa na nowy poziom, na konferencji prasowej z Trumpem stwierdził: „Mam nadzieję, że pan prezydent podejmie decyzję o skierowaniu do Polski kolejnych jednostek amerykańskich, wraz z wyposażeniem. Uśmiechałem się do pana prezydenta, że chciałbym, żeby udało nam się wspólnie stworzyć stałą bazę amerykańską, którą nazwiemy „Fort Trump””. Na co Trump odpowiedział, że „prezydent Duda publicznie zapewnił, iż Polska będzie płaciła miliardy dolarów za taką bazę”. Dodając, że „tworzenie stałych baz w Polsce kosztowałoby około 2 mld dolarów”.

Sama suma, stanowiąca w przeliczeniu ok. 7,4 miliarda złotych, nie jest nowością. Już pod koniec maja z Ministerstwa Obrony Narodowej „wyciekł” napisany po angielsku oficjalny dokument o znaczącej nazwie: „Propozycja stałej obecności USA w Polsce”, gdzie pisano o gotowości zapłacenia 1,5-2 miliardów dolarów za stałą bazę wojsk USA, wraz z propozycjami jej ewentualnej lokalizacji w okolicach Bydgoszczy i Torunia. Teraz polski prezydent posunął się jeszcze dalej, wyskakując z Fortem Trump i stając się głównym aktorem całej farsy.

To jednak nie koniec spektaklu. Dwa dni po spotkaniu Dudy z Trumpem sekretarz ds. sił lądowych w Pentagonie Mark Esper (odpowiednik polskiego wiceministra obrony narodowej) stwierdził, że sprawa jest niepewna, bowiem „tereny, jakie polski rząd zamierza przeznaczyć na wspomnianą bazę wojskową, są niewystarczająco duże”. Dodał przy tym, że problemem jest też transport, gdyż „wojsko amerykańskie musiałyby mieć pełną swobodę w bezproblemowym przemieszczaniu się po Europie”.

Spytany o to szef polskiego MON Mariusz Błaszczak stwierdził: „My to zmieniamy”, a Esper odnosił się do czasów rządów PO-PSL. Błaszczak tereny więc znajdzie – nie wątpimy, wszak Polska to wielki kraj. Minister zapewnił też: „Ja od ośmiu miesięcy jestem ministrem obrony narodowej i już trzy razy byłem w Waszyngtonie i na ten temat rozmawiałem”. A następna rozmowa ma się odbyć już na przełomie października i listopada.

Nie-bezpieczeństwo

Obok ewidentnego elementu farsy cała sprawa ma jednak też bardziej poważny wymiar – narastającej militaryzacji w Europie Środkowo-Wschodniej (w czym istotną rolę gra także postępująca polska militaryzacja, regularne chwalona przez Trumpa) i kolejnych konfliktów między większymi i mniejszymi imperializmami.

Głównymi graczami są tu USA i Rosja, ale swój udział mają także inne państwa, znów z wyróżniającą się Polską dążącą do pozycji „regionalnego lidera” czy opiekuna i przewodnika narodów poradzieckich na drodze do wolności…

Władze polskie (jak i zresztą liberalna opozycja) sprzedają propagandowo dążenie do jak największej obecności sił USA w Polsce jako gwarancję bezpieczeństwa. Nawet te miliardy można zapłacić – bo przecież „stała baza w Polsce będzie gwarantem, że Rosja nas nie zaatakuje” (jak wyraził się Błaszczak).

Czy jednak tylko Rosja jest w stanie kogoś atakować w dzisiejszym świecie? Czy mniej prawdopodobne jest, że to Stany Zjednoczone będą planowały atak na inne państwo? Czy inwazja Rosji na Polskę jest bardziej do wyobrażenia niż, powiedzmy, atak USA na Białoruś? Obie perspektywy są dziś, na szczęście, bardzo odległe. Jednak doświadczenie nie tylko ostatnich lat pokazuje, że wywoływanie wojen przez USA bynajmniej nie jest fantazją.

Setki tysięcy ofiar

Co więcej, setki tysięcy ofiar wojny w Iraku i dziesiątki tysięcy w Afganistanie były wynikiem jedynych prawdziwych wojen z udziałem tysięcy polskich żołnierzy w XXI wieku. Baza amerykańska w Polsce nie tylko będzie potencjalnym celem dla przeciwników USA, których nie brakuje, ale jeszcze bardziej zwiąże polską politykę zagraniczną i wojskową z amerykańską.

Rywalizujące imperializmy nie są rzecznikami pokoju, ale własnych interesów, do których gotowe są dążyć także siłą. Naszymi sojusznikami w dążeniu do naprawdę pokojowego świata nigdy nie będą arcymilitaryści, jak Trump czy Putin (czy ich polscy naśladowcy), ale ruchy sprzeciwiające się ich wojnom i militaryzmowi.

Są też nimi ruchy pracownicze, nie tylko domagające się innego przeznaczania miliardów marnotrawionych na środki zniszczenia, ale potencjalnie mogące doprowadzić do zniesienia systemu produkującego imperializm i wojny.

Filip Ilkowski

Tags:

Category: Gazeta - październik 2018

Comments are closed.