Ani rusofobia, ani bieda-stalinizm

| 1 kwietnia 2018

Trump i Putin

Kiedy Putin zapowiedział program nowych rakiet o napędzie atomowym, od razu dowiedzieliśmy się o tym z polskich mediów. Kiedy administracja Trumpa niedługo wcześniej ogłosiła rozbudowę taktycznego arsenału jądrowego i możliwość „użycia jako pierwsi” broni atomowej przez USA, nie usłyszeliśmy prawie nic. Gdy Rosja bombarduje Syrię zabijając cywilów – budzi to oburzenie. Gdy bombardują USA czy państwa Europy Zachodniej – to już konieczna „wojna z terroryzmem”. Rosja popełnia zbrodnie. Zachód, co najwyżej, błędy. „Wolny świat” z zasady chce dobrze, nawet jeśli nie zawsze to wychodzi. Rosja z zasady chce źle.

Rusofobia jest jednym z fundamentów ideologii panującej w dzisiejszej Polsce. Podwójne standardy są tu tak uderzające, że nie sposób ich nie dostrzec.

Oczywiście zjawisko to dotyczy nie tylko Polski, choć w Polsce widoczne jest ze szczególnym natężeniem. Szum wokół „rosyjskich wpływów” na wybory w państwach zachodnich (z USA włącznie) nigdy nie był słyszany w kontekście działań służb zachodnich. Jakby USA nigdy i nigdzie na żadne wybory nie starały się wpłynąć.

Przypisywana automatycznie Rosji próba otrucia na terenie Brytanii byłego podwójnego agenta, została określana przez prezydenta Francji jako „agresja przeciw bezpieczeństwu i suwerenności” państwa UE, które „wymaga odpowiedzi”.

Szereg państw „świata zachodniego”, w tym Polska, karnie wydaliło rosyjskich dyplomatów. NATO wydało oficjalne oświadczenie mówiące o „pierwszym ofensywnym użyciu broni paraliżującej na terytorium Sojuszu od czasu powstania NATO”. Brzmi to jak powód do wojny. Tymczasem amerykański prezydent i brytyjska premier, według komunikatu Białego Domu, „zgodzili się co do potrzeby konsekwencji dla tych, którzy użyli tych haniebnych broni rażąco łamiąc normy międzynarodowe”.

Wydawałoby się, że nawet władze amerykańskie powinny dostrzec pewną niestosowność, delikatnie rzecz ujmując, w wytykaniu innym „haniebnych broni” i „łamania norm międzynarodowych”. Poza wszystkim, zaledwie kilka miesięcy temu, w czerwcu 2017 r., siły USA używały w Syrii broni z białym fosforem. Kogo to jednak – w „wolnym świecie” – interesuje?

 

Rywalizacja imperializmów

Te podwójne standardy związane są z charakterem współczesnego imperializmu wypływającym z rywalizacji państw kapitalistycznych. W tej rywalizacji poszczególne strony przedstawiają się jako ofiary agresji zmuszone do wydatków na zbrojenia, a niekiedy i do wojen. Oczywiście zawsze zmuszone przez tych innych, agresywnych. Wizerunek obrony się przed agresją ma przekonać w każdym z państw jej klasę pracowniczą, która ostateczne ponosi koszty zbrojeń, że militaryzm i wojna są koniecznością.

Patrząc na dzisiejszy świat ideologia ta działa w ten sposób, że zbrojenia i stałe dążenie do rozszerzania NATO tłumaczone jest jako obrona przed agresywną Rosją. Tymczasem w Rosji, jak i w Chinach, zbrojenia usprawiedliwia się agresją i militaryzmem NATO i USA.

A Polska? Imperializm polski jest militarnie dużo słabszy od rosyjskiego, tak jak rosyjski jest dużo słabszy od amerykańskiego. Jednak rządzący nad Wisłą mają duże ambicje rywalizacji o wpływy z Rosją na terenach republik dawnego ZSRR. Stąd zarówno własny pęd ku zbrojeniom, jak i chęć sprowadzenia jak największej ilości amerykańskiej infrastruktury wojskowej do Polski.

Stąd też pozowanie na „lidera regionu”, jak i na frontowe państwo „cywilizacji zachodniej” (ucieleśnionej w UE i NATO) starające się wciągnąć w jej (i własną) orbitę państwa za wschodnią granicą. Znaczenie rusofobii w ideologii polskich panujących, gdy wszystko to dzieje się w konflikcie z Rosją, nie jest więc zaskoczeniem.

 

Bieda-stalinizm

Przekonanie, że imperializm zachodni jest „lepszy” od rosyjskiego jest na polskiej scenie politycznej powszechne – od PiS po Partię Razem. Niewiele znajdziemy w Polsce środowisk politycznych wyłamujących się z tego schematu, a wśród nich część to fragmenty skrajnej prawicy, której nienawiść wobec Ukraińców czy „eurosodomy” góruje nad nienawiścią wobec Rosjan.

Jednak także wśród lewicy można spotkać pewną „wyrozumiałość wobec Rosji”. W jakimś stopniu jest to przeniesienie wzorów części lewicy państw zachodnich i Globalnego Południa, gdzie taką postawę obserwujemy znacznie częściej.

W pewnym sensie nie jest to zaskakujące. W państwach, gdzie od lat najpotężniejszy imperializm dzisiejszego świata – made in USA – jest aż za dobrze znany, może się on wydawać jedynym rzeczywistym imperializmem. Tak jak ten rosyjski mógł się niegdyś wydawać jedyny rzeczywisty w Europie Wschodniej.

W czasie zimnej wojny po obu stronach żelaznej kurtyny część ruchów opozycyjnych wierzyła, że przeciwny blok jest w jakiejś mierze ich sojusznikiem. Rządzący w USA, ZSRR (jak i Chinach) mieli zawsze gotowe frazesy o pokoju i wolności potępiając zbrodnicze czyny – byle w obozie wroga.

Dawne nadzieje stalinowskich partii komunistycznych lokowane w ZSRR, którego władcy udawali przyjaciół ruchów rewolucyjnych i wyzwoleńczych, znalazły dziś pogrobowców w promoskiewskim bieda-stalinizmie. Niezależnie od tego, że Putin już niczego nie udaje, a dzisiejsza Rosja z oligarchicznym bogactwem, podatkiem liniowym, wielkoruskim nacjonalizmem, prześladowaniem mniejszości seksualnych czy rolą Cerkwi słabo się nadaje do lokowania antykapitalistycznych nadziei.

Niegdysiejsze udawanie „ojczyzny rewolucji” zastąpił znany skądinąd pogląd, że za wszelkimi ruchami antyrządowymi i rewolucjami (włącznie z tą w Rosji sto lat temu), stoją ciemne siły z zagranicy. O ile na Zachodzie za wszystkim ma stać Putin, w Rosji za wszystkim stoi Zachód, z finansistą Sorosem na czele. To rodzaj konserwatywnej teorii rewolucji zakreślonej horyzontem umysłowym tajnych służb – dodajmy, że nierzadko powielanej przez bieda-stalinistów.

Co więcej, argumenty, które słyszeliśmy przy okazji okupacji Iraku i Afganistanu, że przeciwnicy amerykańskich wojen są automatycznie zwolennikami Al-Kaidy czy talibów, słyszymy dziś w rosyjskiej wersji przy okazji bombardowań Syrii. I nie ma bardziej ponurego widoku niż bieda-staliniści wpisujący się w podszytą islamofobią ideologię „wojny z terroryzmem”, jeśli tylko dotyczy wojny rosyjskiej.

 

Stalinizm, socjaldemokracja

i wiara w państwo

Niezależnie od wszystkich różnic, zarówno w przypadku spadkobierców politycznych stalinizmu, jak i socjaldemo- kracji, stała pokusa wybierania „lepszej” strony w konfliktach mocarstw wynika ostatecznie z wiary w moc państwa.

Jeśli uważa się, że państwo jest narzędziem zmian społecznych, a przejęcie nad nim kontroli pozwala sterować kapitalizmem w kierunku sprawiedliwości społecznej (a wersji bardziej radykalnej – w kierunku prawdziwego socjalizmu), nie jest zaskakujące, że także w stosunkach między państwami tylko (lub głównie) w nich upatruje się sił, które mogą doprowadzić do bardziej pokojowego świata.

(Post)staliniści i socjaldemokraci w tym sensie łączy tradycja propaństwowego reformizmu. Wciąż mogą oni, szczególnie ci bardziej lewicowi, pełnić ważną rolę w budowie ruchów antywojennych i widzieć ich sens. Jednak zatrzymując się na etapie wiary w wieczność istniejących państw, łatwo popaść w poszukiwania „świata wielobiegunowego”, gdzie potęga jednych będzie powstrzymywana przez inne. W różnych wersjach iluzje te mogą dotyczyć Unii Europejskiej, jak i Rosji czy Chin.

Na podobnej zasadzie osoby działające w ruchach antywojennych, w obliczu prowojennej propagandy własnych militarystów, w naturalny sposób mogą skłaniać się do alternatywy w postaci pokojowych rozmów i porozumień między zwaśnionymi państwami. Niewątpliwie jest to postawa lepsza od wleczenia się w ogonie propagandy wojennej. Jednak poprzestając na niej, nietrudno zacząć przymykać oczy na poczynania innych państw, z którymi przecież „chcemy się dogadać”.

 

Ani Waszyngton, ani Moskwa

W tym kontekście tradycja rewolucyjnego socjalizmu jest inna. Tak jak solidaryzujemy się z protestami pracow- niczymi we wszystkich zakładach i państwach, występujemy także przeciw każdemu imperializmowi.

Gdy popieramy pracowników Coca-Coli, to nie mówimy, że alternatywą jest mniejsze PepsiCo, ale jesteśmy przeciwko wyzyskowi w obu korporacjach, za pracowniczą jednością przełamującą korporacyjne podziały. Także solidarność przeciwników wojen i militaryzmu to solidarność przeciw rządzącym mniejszymi i większymi mocarstwami, a nie z rządzącymi w którymkolwiek z nich.

Chcąc ją skuteczne budować, trzeba widzieć dalej niż obecny system rywalizujących państw kapitalistycznych, dążąc do ich obalenia, a nie porozumienia między nimi. To drugie jest bowiem w skali całości niemożliwe, co wynika z samej natury imperialistycznej rywalizacji w kapitalizmie. Trwale pokojowy świat możliwy będzie dopiero w systemie władzy pracowniczej w ramach globalnego socjalizmu bez granic.

W czasie zimnej wojny głosiliśmy hasło: „Ani Waszyngton, ani Moskwa, lecz międzynarodowy socjalizm”, potępiając wojny obu głównych zimnowojennych imperializmów, popierając bunty skierowane przeciw nim. Tradycja ta ma swoją wcześniejszą historię.

W 1916 r. irlandzki rewolucjonista James Connolly, w czasie powstania wielkanocnego przeciw panowaniu brytyjskiemu, w odpowiedzi na „poparcie” powstańców przez Niemcy (a działo się to w środku I wojny światowej), rzucił hasło: „Ani król [brytyjski], ani cesarz [niemiecki]!”.

W tym samym czasie wybitna polska rewolucjonistka Róża Luksemburg z więzienia obnażała niemiecki imperializm i próby jego tłumaczenia przez socjaldemokrację charakterem i agresją rosyjskiego reżimu carskiego – jednocześnie wzywając robotników wszystkich stron do rewolucji.

I to wezwanie jest wciąż aktualne.

Filip Ilkowski

Tags:

Category: Gazeta - kwiecień 2018

Comments are closed.