baner.pracdem.stary

Militaryzacja reaktywacja

| 1 kwietnia 2014
26.03.14 Tusk i Komorowski podczas odprawy kadry MON i sił zbrojnych.

26.03.14 Tusk i Komorowski podczas odprawy kadry MON i sił zbrojnych.

Plan “modernizacji technicznej sił zbrojnych” na lata 2013-2022 podpisano już w grudniu 2012 r. We wrześniu 2013 r. rząd ten plan skonkretyzował przyjmując “programy operacyjne” zakładające ogromne wydatki na zbrojenia – oficjalnie 131,4 miliarda złotych do 2022 r. Wtedy też zdecydowano o perspektywie powołania Polskiej Grupy Zbrojeniowej konsolidującej państwowe spółki tego sektora.

Jednak dopiero konflikt na Ukrainie i zajęcie Krymu przez Rosję pozwoliły polskim rządzącym głosić te plany z wielką dumą. 5 marca Donald Tusk stwierdził więc, że “zdecydowaliśmy o wielkim programie modernizacji polskich sił zbrojnych”, planowane na ten cel ponad 100 miliardów to “kwota, która robi wrażenie na wszystkich naszych partnerach” i “jesteśmy pod tym względem jednym z najbardziej ambitnych krajów w Europe i w NATO”.

Tego samego dnia Minister Obrony Narodowej Tomasz Siemioniak mówił o konieczności zmian w pierwotnych planach modernizacji, a konkretnie “przesunięć terminów, przy-spieszenia dostaw i zwiększenia niektórych zasobów”.

17 marca, podczas konferencji w Wojskowych Zakładach Mechanicznych w Siemianowicach Śląskich, w których produkuje się m. in. transportery opancerzone Rosomak, Siemoniak potwierdził, że na finansowanie polskiej armii z podziwem patrzą inni ministrowie obrony, którzy w ostatnich latach musieli rezygnować z wielu wydatków.

Także inny uczestnik konferencji, były premier i były szef Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek ocenił, że polska armia należy do najlepiej finansowanych sił zbrojnych w tej części świata.

Nie zabrakło też głosu prezydenta Bronisława Komorowskiego – sprawującego nad wspomnianą konferencją patronat. “Konflikt rosyjsko-ukraiński i utrzymujące się napięcie w stosunkach międzynarodowych” – uznała głowa państwa – “sprawiają, że kwestie polskiej obronności nabierają wagi szczególnej”.

Więcej niż gra wyborcza

Korzyść z zapowiedzi gigantycznej militaryzacji jest dla obecnej ekipy rządzącej podwójna, bowiem żadna z partii opozycyjnych nie sprzeciwia się przedstawianym planom.

Tusk stawiając się w roli twardego przywódcy i męża opatrznościowego zabezpieczającego kraj przed rosyjską stoi więc na wygranej pozycji. Nic więc dziwnego, że w ramach kampanii wyborczej widzi sens mówienia nawet takich absurdów, jak pytanie, czy “dzieci w Polsce 1 września w ogóle pójdą do szkoły”.

Jednak postawy rządowych planów są znacznie głębsze i dotyczą strategii geopolitycznej Polski. Polska klasa panująca – czyli nie tylko bieżący rząd, ale cała klasa ludzi mających władzę ekonomiczną i polityczną w polskim kapitalizmie – są zasadniczo zjednoczeni w postrzeganiu Rosji jako głównego przeciwnika w walce o wpływy w Europie Wschodniej.

Przewodząc państwu słabszemu gospodarczo, a szczególnie militarnie, polscy rządzący starają się realizować własne ambitne plany do “przywództwa” w regionie głównie w oparciu o sojusz ze Stanami Zjednoczonymi i próby wpływu na politykę Unii Europejskiej. Stąd rola przypisywana “Partnerstwu Wschodniemu” w ramach UE, którego Polska była inicjatorką.

Stąd też aktywność polskich polityków podczas protestów na Euromajdanie w Kijowie i obecne wsparcie dla prozachodnich władz Ukrainy – łącznie z dość groteskową propozycją prezydenta Komorowskiego przekazania 300 mln zł. na “wsparcie drobnych przedsiębiorców na Ukrainie”.

Oczywiście nawet planowane ogromne nakłady na zbrojenia nie zrównoważą siły militarnej czterokrotnie bardziej zaludnionej Rosji dysponującej ponad 8 tysiącami głowic atomowych.

Absurdem jest też mówienie o realnym zagrożeniu Polski wojną ze strony Rosji. Nie dlatego, że rosyjski imperializm nie jest rzeczywisty. W grze o Ukrainę zademonstrował swoją siłę ignorując sprzeciwy Zachodu i jednostronnie dokonując interwencji zbrojnej – rzecz dotychczas zarezerwowana dla USA i, dodajmy, prowadzona w ostatnich latach przez Waszyngton dużo bardziej nieporadnie.

Jednak w Polsce nie ma żadnego terytorium z wyraźną rosyjską większością chętną do przyłączenia się do potężnego sąsiada, a tym samym możliwości powtórzenia w przewidywalnej przyszłości jakiegokolwiek wariantu bezkrwawej “operacji krymskiej”.

Forpoczta

Polskie miliardy na zbrojenia mają w rzeczywistości umacniać wiarygodność państwa chcącego być forpocztą Zachodu w regionie. Pokazać jego stabilność, ambicje i umocnić atrakcyjność zarówno dla euro-atlantyckich sojuszników, jak i będących przedmiotem targu państw Europy Wschodniej.

Przy tym plany militaryzacji nie zmieniają zasadniczo żebraczego charakteru polskiego imperializmu, czyli realizowania własnych celów w oparciu o jak najwięcej śladów obecności wojskowej potężniejszych sojuszników – głównie jednego sojusznika, wobec którego lojalność należy wyjątkowo gorliwie podkreślać.

Przylot w połowie marca 12 samolotów amerykańskich F-16 wraz z 300-osobową obsługą w ramach ćwiczeń “Aviation Detachment” – przyspieszonych i rozszerzonych na prośbę Polski – to tylko ostatni symboliczny tego wyraz.

Nasi” rządzący raz po raz wyrażali nadzieję, że Stany Zjednoczone podejmą bardziej “twardą” politykę wobec Rosji, co będzie się wiązać z ich większą wojskową obecnością w Europie.

Najdalej posunął się szef MSZ Radosław Sikorski, który 1 kwietnia – i niestety nie był to prima aprilisowy żart – nie tylko wyraził opinię, że życzyłby sobie “większej, stałej obecności sojuszników na naszym terytorium tak, aby wypełnić to, co jest naszą aspiracją od dawna”, ale dodał, iż “gdyby u nas znalazły się dwie ciężkie brygady krajów NATO, (…)bylibyśmy w pełni usatysfakcjonowani”. Ta “satysfakcja” ministra oznaczałaby nawet 10 tysięcy natowskich żołnierzy w stałych bazach w Polsce!

Dodajmy, że wcześniej Sikorski z radością odnotował, że wydarzenia na Ukrainie zapewniły, że do 2018 r. już na pewno powstanie w Polsce fragment amerykańskiej “tarczy antyrakietowej”.

Solidarność

międzynarodowa

Z punktu widzenia klasy pracowniczej, a szerzej: niezamożnej większości społeczeństwa, powinniśmy jednoznacznie sprzeciwiać się planom gigan- tycznych zakupów dla wojska. Nie tylko dlatego, że to ogromne marnotrawstwo funduszy potrzebnych w wieku innych miejscach – choć to może najbardziej oczywisty argument. Skalę planowanych wydatków niech zobrazuje fakt, że przy obecnych cenach za 130 mld można by wybudować 650 tysięcy mieszkań o powierzchni 50 metrów kwadratowych i je wspaniałomyślnie rozdać.

Problemem jest jednak samo budowanie fałszywej soli-darności z własnymi panującymi w ramach jakiegoś rodzaju “ograniczonej zimnej wojny” w Europie Wschodniej. Nie tylko Polska, ale także państwa bałtyckie zapowiedziały znaczne zwiększenie wydatków na zbrojenia.

Zbroić się chcą także nowe władze Ukrainy – jednocześnie aplikujące społeczeństwu drastyczny program oszczędnościowy. Jednak logika konkurencji militarnej rywalizujących imperializmów i towarzyszących im nacjonalizmów prowadzi tylko do umocnienia rządzących w każdym z zainteresowanych państw.

W tej konkurencji niezamożna większość zawsze przegrywa. Przy tym wyścig zbrojeń bynajmniej nie eliminuje ryzyka wojny – o czym w setną rocznicę wybuchu I wojny światowej powinniśmy także pamiętać .

Zbrojenie się zachodnich sojuszników nie pomaga rosyjskim przeciwnikom ich własnego imperializmu – podobnie, jak zbrojenie się Rosji nie pomaga polskim przeciwnikom wielomiliardowej militaryzacji. Naszą odpowiedzią może być tylko solidarność międzynarodowa tych, którzy za zbrojenia i wojny ponoszą najwyższą cenę.

Filip Ilkowski

Category: Gazeta - kwiecień 2014

Comments are closed.