baner.pracdem.stary

Zapaść służby zdrowia

| 1 lutego 2014
Bydgoszcz. Kolejka przed spitalem wojskowym

Bydgoszcz. Kolejka przed Szpitalem Wojskowym.

Informacje o licznych niedomaganiach opieki zdrowotnej w Polsce, często kończących się zgonami pacjentów, spowszedniały nam już tak bardzo, że przechodzimy nad nimi do porządku dziennego.

Warto jednak się zastanowić, czy źródłem tego problemu są, tak jakby często chciały mainstreamowe media począwszy od “inteligenckiej” Wyborczej a skończywszy na ludycznych tabloidach, indywidualne błędy personelu (lekarzy, położnych, dyspozytorów karetek) czy też mają one raczej charakter systemowy i strukturalny?

Jeśli zgodzimy się ze słabo ukrytą w powyższym zdaniu tezą, że problemy polskiej służby zdrowia są raczej systemowe niż przypadkowe, należy w drugim kroku zmierzyć się również z lansowanymi przez “niezależnych ekspertów” pomysłami uzdrowienia owej patologii poprzez prywatyzację służby zdrowia wspartej oczywiście akcjami charytatywnymi oraz datkami filantropów.

Aby w pełni zrozumieć sytuację polskiej służby zdrowia warto umieścić ją w szerszym kontekście funkcjonowania opieki zdrowotnej w Europie i na świecie.

Jak głosi Konstytucja Światowej Organizacji Zdrowia “Korzystanie z najwyższego, osiągalnego poziomu zdrowia jest jednym z podstawowych praw każdej istoty ludzkiej bez różnicy rasy, religii, przekonań politycznych, warunków ekonomicznych lub społecznych” [moje podkreślenie – K.Ł].

Tak zdefiniowana służba zdrowia powinna (co dotychczas w znacznej mierze się udawało) uniknąć podporządkowania się stosunkom rynkowym. Nic dziwnego zatem, że zmiana sposobu jej funkcjonowania we współczesnym świecie stała się celem licznych zabiegów kapitału oraz zblatowanego z nim świata polityki.

Problemem europejskiej opieki zdrowotnej funkcjonującej w neoliberalnym ładzie stał się szybko rosnący rozdźwięk pomiędzy wpływami (zmniejszanymi przez różne ulgi składkowe dla tzw. przedsiębiorców) a wydatkami związanymi ze starzeniem się społeczeństwa oraz wzrostem cen lekarstw (rynek farmaceutyczny to sprawa warta obszernego omówienia w innym miejscu) i sprzętu medycznego.

Polityka zmniejszania rozziewu pomiędzy wydatkami a przychodami doprowadziła w wielu krajach do stopniowej komercjalizacji usług medycznych polegającej na wprowadzeniu konkurencji pomiędzy gabinetami lekarskimi, szpitalami, kasami chorych czy ubezpieczycielami.

Co szczególnie istotne dla ludzi lewicy, wdrożenie rynkowego rygoru w służbie zdrowia wiązało się zawsze z zakwestionowaniem nabytych praw pracowniczych poprzez zahamowanie wzrostu płac, pogorszenie warunków pracy, czy ograniczenia ochrony socjalnej.

Obecna sytuacja w polskiej służbie zdrowia wynika z takiej właśnie polityki. Przeprowadzone w 2011 roku przez Gdański Uniwersytet Medyczny badanie nad sytuacją w niepublicznych ośrodkach ochrony zdrowia wskazują na pięć głównych niedomagań tego rodzaju placówek:

1. mniejszą ofertę świadczeń od placówek publicznych.

2. przeprowadzanie procedur najwyżej wycenianych przez NFZ, wiążących się zatem z najwyższym zyskiem dla placówki,

3. unikanie pacjentów prognozujących dłuższą hospitalizację,

4. selekcja pacjentów ze względu na wiek,

5. pacjenci zagrożeni powikłaniami odsyłani są do placówek publicznych.

Dodatkowo patologię polskiego systemu ochrony zdrowia pogłębia niski udział wydatków na zdrowie w stosunku do PKB. Pod tym względem Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie, wydając 4,83% PKB na publiczną ochronę zdrowia, podczas gdy średnia 24 krajów Europy wynosi 6,64% PKB, kraje takie jak Niemcy, Francja czy Dania wydają nawet prawie 9% PKB (dane Komisji Europejskiej na rok 2011). Według GUS wydatki na publiczną ochronę zdrowia w Polsce były jeszcze gorsze – wynosiły 4,5% w 2011 r. (4,7% w 2010).

Udział wydatków na zdrowie w PKB ma więc w Polsce wyraźną tendencję spadkową w przeciwieństwie choćby do wydatków na wojsko – widać „lobby” pacjentów i pracowników służby zdrowia ma dużo mniejszy wpływ na kształtowanie polskiej polityki niż lobby generałów i konserwatystów dla których silna armia, nie zaś poziom świadczeń socjalnych, od zawsze był wskaźnikiem jakości funkcjonowania państwa.

Grupą zawodową, która w sposób najbardziej oczywisty i bolesny odczuwa skutki komercjalizacji polskiej służby zdrowia są pielęgniarki i położne. W Polsce z roku na rok spada liczba osób pracujących w pielęgniarstwie. Dzieje się tak ze względu na cięcie kosztów o niskie pensje.

Skutkiem tego są sytuacje, w których na nocnym dyżurze zostaje pielęgniarka lub pielęgniarz mający pięćdziesięciu a nawet sześćdziesięciu pacjentów pod opieką. Nie trzeba dodawać, że taka sytuacja może negatywnie odbić się na sytuacji zdrowotnej, a nawet życiu chorego.

Zmniejszająca się liczba osób chcących wykonywać zawód pielęgniarki bądź pielęgniarza prowadzi także do tego, że osoba pracująca na etacie w danym szpitalu po zakończonym dyżurze rozpoczyna następny, w tej samej bądź innej placówce, tym razem na kontrakt. Zdarza się, że pracownik taki pełni trzy dyżury z rzędu, co daje 36 godzin pracy niemal bez przerwy.

Jak mówi Małgorzata Auleitner z OZZPiP w wywiadzie udzielonym Nowemu Obywatelowi “Dzieje się tak, ponieważ pielęgniarki z licencjatem mają prawo podpisać klauzulę opt-out, czyli oświadczenie o wyrażeniu zgody na pracę w wymiarze przekraczającym przeciętnie 48 godzin na tydzień w przyjętym okresie rozliczeniowym. Powoduje to, że pielęgniarka albo lekarz mogą pracować nawet 24 godziny na dobę. Nikt tego nie sprawdza, kontraktowych pielęgniarek nie kontroluje Państwowa Inspekcja Pracy, a pracodawca cieszy się, że ma pracownika.

Pracownicy służby zdrowia coraz częściej są także zmuszani do rezygnacji z umów o pracę na rzecz umów zleceń tracąc tym samym, często po wielu latach pracy, prawo do płatnych urlopów czy zwolnień chorobowych.

Jaki jest zatem sposób przezwyciężenia tej pobieżnie przedstawionej sytuacji polskiej służby zdrowia, w której przyszłość zarówno pacjentów jak i pracowników rysuje się w zdecydowanie mało różowych barwach?

Nacisk na rządzących

W pierwszym kroku należy wywierać jak najszerszy nacisk na rządzących, by ci zwiększyli wydatki na służbę zdrowia do średniej europejskiej. Trzeba też walczyć o zahamowanie i odwrócenie procesów prywatyzacji i komercjalizacji oraz zniesienie absurdalnych “limitów” na świadczenia medyczne. Bardzo doniosłą rolę odgrywać tu mogą wszelkie środowiska oddolne; stowarzyszenia, lewicowe think tanki organizujące się wokół różnych środowisk, partie polityczne i przede wszystkim związki zawodowe.

Warto podkreślić, że “klimat” dla tego typu działań jest zdecydowanie sprzyjający. Wg badań PBS z 2013 roku 64,5 proc. ankietowanych uważa, że prywatyzacja szpitali jest niekorzystna. 74,8 proc. nie chce, by został sprywatyzowany najbliższy im szpital. Spośród wymienianych zagrożeń najczęściej pojawiały się: podniesienie kosztów opieki zdrowotnej (61,6%), trudniejszy dostęp do specjalisty (37,7%) na dalszych miejscach zmniejszenie liczby miejsc w szpitalach oraz zamykanie oddziałów.

Jednak najbardziej oczywistą, samonarzucającą się odpowiedzią na tak postawione pytanie jest wzrost uzwiązkowienia w sektorze służby zdrowia oraz akcje protestacyjne przeprowadzone przez pracowników przy możliwie szerokim wsparciu społeczeństwa.

Przykładem tego rodzaju działań może być strajk słowackich pracowników służby zdrowia w 2011 roku. Pomimo ogłoszenia przez rząd stanu wyjątkowego wprowadzającego przymus pracy w szpitalach związkowcom udało się uratować publiczny charakter opieki zdrowotnej.

Wydarzeń podobnych do słowackich w ostatniej pięciolatce można znaleźć więcej. Historia pokazuje, że przy odpowiedniej determinacji i zdecydowaniu odnoszą one oczekiwany skutek, zatem wiele zależy od nas samych.

Kamil Łukaszek

Tags:

Category: Gazeta - luty 2014

Comments are closed.